Którędy do Pacanowa?

Od kilku dni obserwuję wzmożony ruch na moim blogu i stronie internetowej. Powinno mnie to cieszyć. W wykazie moich publikacji na stronie nie zamieszczam wpisów na blogu, a jest już ich prawie 400. Ponieważ ostatnio niektóre tematy szczególnie interesują czytelników, postanowiłem zrobić małą ściągę. Na pierwszy ogień pójdą wpisy o niemieckim miniserialu „Nasze matki, nasi ojcowie“ oraz o zwrocie „polskie obozy koncentracyjne” i penalizacji historii.

Jeden z kolegów w reakcji na kolejne rewelacje samozwańczych demaskatorów środowiska polskich historyków przytoczył znany wierszyk. Jedną z jego zwrotek i ja pozwolę sobie w tym miejscu powtórzyć:

…w Pacanowie kozy kują,
więc koziołek, mądra głowa
błąka się po całym świecie
żeby dojść do Pacanowa…

Dodam jeszcze od siebie trzy słynne małpki, z małą jednak modyfikacją: jedna nic nie widziała, druga nic nie słyszała, ale trzeciej i tak nie powstrzymało to przed gadaniem! Wniosek? Sprawdźmy to czy owo, poczytajmy zanim zabierzemy głos i wywalimy z tzw. grubej rury. Pospieszę z pomocą zagubionym na drogach i dróżkach mojej działalności (wybaczcie to ciągłe ja, ja, ja! ale od kiedy padam z nazwiska i tytułu w pewnych mediach nie mogę się powstrzymać). W sprawach miniserialu „Nasze matki, nasi ojcowie” oraz tzw. wadliwych kodów pamięci wielokrotnie zabierałem głos w różnych okolicznościach. Także na forum tego bloga pisałem nie raz na te tematy.

Ponieważ tekstów z bloga nie wykazuję w wykazie publikacji, postanowiłem zrobić małą ściągę na użytek wszystkich chętnych do poznawania mojej twórczości. Na pierwszy ogień poszły teksty o niemieckim miniserialu, mającym w Polsce oddanych antyfanów oraz błędnym używaniu określenia „polskie obozy koncentracyjne“ i związanych z tym zamiarach penalizacji wypowiedzi o historii.

Miniserial „Nasze matki, nasi ojcowie”

Tzw. „polskie obozy koncentracyjne” i penalizacja historii

Z powyższymi moimi wynurzeniami można się oczywiście nie zgadzać, ale twierdzić że nie dostrzegam czy milczę, bo tak uwielbiam (za pieniądze głównie oczywiście) przedmiot mych badań jest po prostu nieuczciwe. Tylko że pasujące do fajnej dla niektórych tezy…

Każdego dnia zajmuję się historią w taki czy inny sposób. Po to żyję i z tego żyję. To moja pasja i mój zawód. Staram się robić to jak najlepiej i uczciwie. Tak samo pewnie powiedzą o sobie inni historycy, w tym moi przyjaciele, naukowi partnerzy, tysiące badaczy w różnych krajach. Uważam, że wiedza o przeszłości, pamięć o niej jest bardzo ważna dla rozwoju społeczeństw. Zgadzam się z tymi, którzy widzą niedomagania w szkolnej edukacji historycznej. Nie zgadzam się jednak z tymi, którzy w szkołach chcą wychowywać przede wszystkim członków wspólnoty narodowej, przekonanych o jej wyższości i czystości; którzy rozpętują uwielbienie patriotyzmu wojny, miast uczyć żyć w pokoju i wzmacniać wspólnotę obywateli.

A do tego może wieść wpajanie tylko historii afirmatywnej, a nie krytycznej. Szacunek dla przeszłości narodu to dla mnie nie odprawianie rytuałów z wieńcami i defiladami, nie noszenie tzw. patriotycznej odzieży, czy wykazywanie domniemanej wyższości nad „ruskimi” czy „szwabami” albo naiwne „zapisywanie się” post factum w szeregi powstańców i żołnierzy wyklętych. Cóż my, dzieci naszych czasów, możemy wiedzieć o ich dylematach, strachu i próbach charakterów?

Możemy co najwyżej mieć cichutką nadzieję, że byśmy im sprostali, ale na pewno nie gorące przekonanie, że my i oni to to samo (ten sam sort, by użyć słów ostatnio modnych). Szacunek dla historii to także wiedza o chwilach naszego upadku, popełnionych błędach, aktach wstydliwych, zaniedbaniach i zbrodniach, ale także o sprzyjających nam lub fatalnych koniunkturach międzynarodowych.

Nie mogę więc nie reagować krytycznie, gdy z często przeinaczonych i wyjętych z kontekstu argumentów historycznych robi się użytek przede wszystkim w bieżącej walce politycznej w Polsce. Gdy sięga się po resentymenty historyczne, by zyskać większe poparcie dla swojej opcji, którą uważa się ślepo (to już też wielokrotnie w historii było) za jedynie słuszną, najprawdziwiej patriotyczną i z zasady postawioną poza jakąkolwiek krytyką. Gdy w usta nieżyjących bohaterów wpycha się własne przekonania, a do ich kieszeni własne legitymacje partyjne. Gdy zawłaszcza się coraz to nowe fragmenty naszej przeszłości, odmawiając przeciwnikom politycznym (a różnica polityczna jest naturalnym stanem demokracji) prawa do przyznawania się do tych samych znaków i barw. Gdy upolitycznia się po raz kolejny historię, zwłaszcza najnowszą, a historyków widzi w roli propagandystów (ci z zagranicy i krajowi z innej opcji) lub realizatorów linii partyjnej akurat nazywanej polityką historyczną, czyli też propagandystów (nasi).

Warto pamiętać, że przesada na tym polu, wkładanie wszędzie gdzie się da jakichś treści nawiązujących do historii (a raczej jej wypreparowanej wersji), przypisywanie sobie monopolu na historyczną prawdę źle się kończy. To już było. Takiej historycznej propagandy już próbowano. Kiedy? A choćby w nieboszczce PRL. Chyba o taki „długim trwaniu” nie marzą zastępy dzisiejszych orędowników tegoż prądu. Jednostronny, nachalny, często pozbawiony wartości artystycznych czy naukowych przekaz, a w tą stronę szybkimi krokami zmierzamy, prędzej czy później sam się skompromituje, ośmieszy i zostanie odrzucony.

Szkoda że ofiarą tego w jakiejś części padną także osoby i wydarzenia, którymi teraz niektórzy wręcz usta sobie wycierają. I na koniec cytat z twórczości Kazika Staszewskiego pod rozwagę (takie tam płonne marzenie):

A więc powrót do przeszłości, chwytać to co już uciekło i uczynić sobie niebo, i uczynić innym piekło…

Autor: Krzysztof Ruchniewicz

Historia najnowsza, badania i nauczanie, historia w przestrzeni publicznej, blog i … / Zeithistoriker, Lehre und Forschung, PH, Blog und …

  1. Piotr Małochwiej

    Panie Profesorze, jeżeli chodzi o zwroty „polskie obozy zagłady”, „polskie SS” to rzeczywiście skala zjawiska jest znaczna, ale nie wydaje mi się, że najnowsze koncepcje doprowadzą do „dobrej zmiany” w tym zakresie.

    W polskim systemie prawnym mamy już zapis – art. 133 Kodeksu Karnego „Art. 133. Kto publicznie znieważa Naród lub Rzeczpospolitą Polską, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”, który w rzeczywistości jest zupełnie nie funkcjonującym zapisem, i trudno wskazać obecnie jedną osobę, która została z ww. przepisu skazana. Według nowego projektu do 5 lat więzienia ma grozić za „publiczne i wbrew faktom przypisywanie Rzeczypospolitej Polskiej lub narodowi polskiemu udziału, organizowania lub współodpowiedzialności” za zbrodnie III Rzeszy (http://www.tvn24.pl). Należy tu zaznaczyć , iż każda ustawa zarówno wspomniany kodeks karny, jak i ustawa o IPN obowiązuje w zakresie terytorialnym na terenie Polski.

    Patrząc na praktykę używania sformułowań „polskie obozy śmierci” można zauważyć, iż ich zdecydowana większość występuje na łamach zagranicznej prasy. Trudno sobie wyobrazić sytuację, gdy polskie organy ściągania występują do kraju (z którym uprzednio Polska ma podpisaną umowę o pomocy prawnej) z prośba o ekstradycje redaktora naczelnego, dziennikarza czy reportera, który dopuścił sie tego karygodnego błędu. Tak na przykład w najnowszym przykładzie Polska musiałaby się zwrócić do Kanady z prośba o współpracę w zakresie ukarania na mocy przepisów ustawy obowiązującej w naszym kraju Panów Ratna Omidvar i Dana Wagner, wykładowców uniwersyteckich (inna kwestia jest, czy taki błąd wykładowcom przystoi), którzy użyli w książce sformułowania „polskie SS”. Aż trudno sobie wyobrazić, jak negatywnie wpłynęłoby to na nasz obraz zagranicą.

    Serdecznie pozdrawiam Piotr Małochwiej

  2. Patrick Starczewski

    …Brudne twarze z wąsikami – ci agresywni frustraci – Piosenki Kazimierza Staszewskiego wciąż żywe i aktualne…

Skomentuj