„Nasze matki, nasi ojcowie” w sądzie

Takiego obrotu sprawy chyba nie przewidział producent filmu, \”Nasze matki, nasi ojcowie\”. Dzisiaj prasa doniosła o pozwie, jaki przeciwko producentowi i stacji telewizyjnej ZDF złożył w krakowskiej instancji Temidy Światowy Związek Żołnierzy AK i jeden z kombatantów. Strona skarżąca domaga się przeprosin we wszystkich telewizjach, gdzie film był emitowany. Żądają także przekazania informacji, że jedynymi odpowiedzialnymi za holokaust byli Niemcy. Aż w końcu żądają usunięcia z opasek noszonych przez aktorów w filmie znaku graficznego AK. Osoby, które uważają że ich prawa czy dobre imię zostały naruszone mają oczywiście otwartą drogę do takich działań. Czy jednak odniesie to żądany skutek? Kolejna kwestia to czas rozpatrywania przez sąd tego typu sprawy. Serial został zakupiony przez telewizje wielu krajów i emisji filmu nie będzie można zatrzymać.

 

\"\"

Źródło: Strona internetowa filmu.

Jednak twórcy \”Naszych matek, naszych ojców\” długo będą chyba pamiętać o tym dziele. Na początku miał to być sposób na stworzenie nowej narracji hstorycznej o charakterze popularnym. Słusznie skonstatowano, że z roku na rok jest coraz mniej świadków wydarzeń, i należy wzmocnić komunikację między generacjami nowymi środkami, w tym i za pośrednictwem adresowanego do szerokiej publiczności filmu. Pytanie, jakie zadali twórcy serialu, dotyczyło różnych postaw Niemców podczas II wojny światowej. W tej części miniserial spełnił swe zadanie. W Niemczech dyskutowano o nim stosunkowo żywo.

\"\"Źródło: Gazeta.pl

Sposób ukazania żołnierzy AK w jednym z epizodów wzbudził duże kontrowersje w Polsce. Dla jednych był przykładem niemieckiego zrzucania winy za holokaust na innych. Dla innych był przykładem ignorancji i braku wrażliwości na doświadczenia narodów okupowanych przez Niemcy. Była też grupa, która uważała, że twórca cieszy się swobodą kreacji i ingerowanie w nią jest zawsze rodzajem cenzury.

To że w Polsce doszło do protestów, nie może dziwić. Jesteśmy bardzo wyczuleni na wszelkie nawiązania do naszej historii, kolidujące nie tylko z stanem wiedzy, ale przede wszystkim z naszą wizją dziejów narodowych. Serial pokazano w polskiej telewizji, co było dość kuriozalne, zważywszy jak negatywnie go wcześniej oceniano. Różnie można traktować tłumaczenia, że powinniśmy wiedzieć „jak nas malują”. Krakowski pozew jest konsekwencją tych głosów krytycznych. Ale mleko rozlało się nieodwracalnie już chyba w momencie pierwszej emisji filmu. Przed kilku dniami wyemitowano miniserial w telewizji norweskiej. Nieco wcześniej skontaktowała się ze mną dziennikarka, która chciała dowiedzieć się więcej o reakcjach na niego w Polsce. Artykuł ukazał się jeszcze przed emisją serialu, ale jego „siła rażenia” w porównaniu z emisją telewizyjną filmu mogła być co najwyżej minimalna.

\"\"Foto: Artykuł Ingrid Brekke o miniserialu „Nasze matki, nasi ojcowie“ dla norweskiej gazety „Aftenposten“

Pozostaje sprawą otwartą, jak reagować na tego typu pomyłki, dezinformację, czy wręcz kłamstwo historyczne. Czy pozwy sądowe post factum tu coś zmienią? Czy sądy są miejscem odpowiednim do rozważań i ocen skomplikowanej materii historycznej? Jak trudno uzyskać w sądzie zadowalający wyrok, przekonują się osoby, które domagają się sprostowań od redakcji gazet na świecie używanego bezrefleksyjnie określenia \”polskie obozy koncentracyjne\”. Wyjściem, nie jedynym zresztą, jest wzmocnienie naszych działań na arenie międzynarodowej w zakresie szeroko pojętego polskiego doświadczenia historycznego. Działają przecież liczne bilateralne komisje podręcznikowe, które można w tym celu wykorzystać. Istnieją też dwustronne komisje dydaktyczne. Polsko-Niemiecka Współpraca Młodzieży od lat organizuje wymianę międzyszkolną. Przykłady można mnożyć. 

Może warto w końcu podjąć debatę na ten temat i wyczulić te gremia na konieczność i potrzebę bardziej aktywnych działań w tym zakresie? Ważną rolę może też tu odgrywać podręcznik polsko-niemiecki do historii. Od publikacji zaleceń, określających merytoryczną zawartość książki, minęły już trzy lata. Jest oczywiste, że proces napisania podręcznika musi trwać, ale czy nie można byłoby np. na stronie internetowej firmowanej przez ważne polsko-niemieckie instytucje zajmujące się edukacją i relacjami dwustronnymi publikować rozmaitych materiałów dydaktycznych dla nauczycieli w obu krajach? Przed laty przysłuchiwałem się wystąpieniu nestora niemieckich tłumaczy Karla Dedeciusa. Podkreślał, że część jego tłumaczeń literatury polskiej na niemiecki funkcjonowała nie tylko w krajach niemieckojęzycznych, ale była przejmowana przez kraje azjatyckie i tam stawała się podstawą wydań polskiej literatury.

Tworzenie różnych, łatwo dostępnych zbiorów informacji (opracowań i źródeł) w odpowiednim tłumaczeniu, nowoczesnej i atrakcyjnej formie, nie jest tak spektakularnym działaniem, jak kroki dyplomacji czy sądów, ale chyba bardziej długofalowym i w efekcie skuteczniejszym.

 

\"\"

Autor: Krzysztof Ruchniewicz

Historia najnowsza, badania i nauczanie, historia w przestrzeni publicznej, blog i ... / Zeithistoriker, Lehre und Forschung, PH, Blog und ...

Skomentuj