Apel z Blois

W ostatnich latach pojawiły się inicjatywy wprowadzania tzw. ustaw pamięciowych. Dotyczą one wydarzeń historycznych, a właściwie ich interpretacji, które mają być zgodne z założeniami ustawodawcy. Jako sankcje stosuje się kary finansowe, a nawet pozbawienie wolności. Czynią tak współczesne państwa demokratyczne, jak i nie-demokratyczne. Działania tych ostatnich dziwić nie muszą. Są one formą obrony państwa przed używaniem określeń, sformułowań nawiązujących do niewygodnej, kontrowersyjnej przeszłości, w jakimś zakresie szkodzącej współczesnym reżymom. Ustanawia się więc je w celu wzmocnienia państwowej propagandy. W społeczeństwach demokratycznych są one jednak przede wszystkim wyrazem klęski działań edukacyjnych i braku zaufania do krytycznej opinii publicznej tak krajowej, jak i zagranicznej.

Poglądy, uznane za nienawistne, umacniające wrogość między narodami czy rasami, nie ginęły mimo wysiłków szkół, historyków, różnych organizacji i instytucji. Zostały wprawdzie ograniczone, wypchnięte z pola głównej debaty publicznej, zdeprecjonowane, ale od czasu do czasu dowodziły swej żywotności. Sposobem ich wyeliminowania miała więc stać się penalizacja. Powstawała tylko kwestia, kto i w jaki sposób, będzie decydował o tym, jaki temat, jaka wypowiedź kwalifikuje się już do wszczęcia takiego postępowania. Przed laty problemem tym zajęła się grupa znanych i cenionych europejskich historyków i kulturoznawców i opublikowała tzw. Apel z Blois. Zwracała  w nim dodatkowo uwagę na jeszcze inny aspekt: wolności badań naukowych, którą wprowadzone właśnie tzw. paragrafy pamięciowe mogły znacznie ograniczyć.

 

Foto: Apel z Blois. Źródło: Le Monde.

W październiku 2008 r. w królewskim mieście we Francji nad Loarą, Blois zebrali się czołowi historycy i kulturoznawcy z Europy, by dyskutować o relacjach między wolnością badań historycznych a ograniczeniami narzucanymi przez państwa czy organizacje międzynarodowe. Impulsem do spotkania stała się dyskutowana od kwietnia 2007 r. decyzja ramowa ministrów Rady Europejskiej w sprawie „zwalczania rasizmu i ksenofobii”. Propozycja  złożona przez byłą niemiecką minister sprawiedliwości, Brigitte Zypries, zakładała, że we wszystkich krajach członkowskich „publiczne aprobowanie, negowanie bądź daleko posunięte banalizowanie zbrodni ludobójstwa, zbrodni przeciwko ludzkości i zbrodni wojennych” byłoby ścigane z urzędu. Osoby takie musiały się liczyć z karami więzienia od jednego do trzech lat. Efektem konferencji było uchwalenie tzw. Apelu z Blois, który odbił się szerokim echem w środowiskach naukowych i dziennikarskich. Apel zamieszczono najpierw w „Le Monde”, szybko przedrukowały go gazety w Europie. W Polsce tekst zamieściła „Gazeta Wyborcza”.

Apel kierowano nie tylko do kolegów po fachu, lecz także – czy też przede wszystkim – „pod rozwagę polityków”.

Historia nie może stać się niewolnikiem bieżących wydarzeń – pisano w apelu –, nie można jej pisać pod dyktando konkurujących ze sobą pamięci. W wolnym kraju nie jest rzeczą władz politycznych definiowanie prawdy historycznej ani ograniczanie swobód historyków za pomocą sankcji karnych.

Apel podpisali historycy i kulturoznawcy: Aleida i Jan Assmannowie (Konstancja i Heidelberg), Elie Barnavi (Tel Awiw), Luigi Cajani (Rzym), Hélene Carrere d\’Encausse (Paryż), Etienne François (Berlin), Timothy Garton Ash (Oxford), Carlo Ginzburg (Bolonia), José Gotovitch (Bruksela), Eric Hobsbawm (Londyn), Jacques Le Goff (Paryż), Jean Puissant (Bruksela), Sergio Romano (Mediolan), Rafael Valls Montes (Walencja), Henri Wesseling (Haga), Heinrich August Winkler (Berlin), Guy Zelis (Leuven). Z Polski do pierwszych sygnatariuszy należał mediewista, przedstawiciel polskiej opozycji antykomunistycznej, Karol Modzelewski. Do stycznia 2013 r. apel podpisało 1374 osób z 49 państw.

Foto: Strona internetowa Stowarzyszenia.

Inicjatorem konferencji w Blois było stowarzyszenie „Liberté pour l’ Histoire” („Wolność dla Historii”), które powstało w 2005 r. Jego przewodniczącym był prof. René Remond, a od jego śmierci w 2007 r. prof. Pierre Nora. W radzie naukowej zasiada polski historyk, prof. Krzysztof Pomian. Utworzenie Stowarzyszenia było wyrazem niezadowolenia z powodu częstego mieszania się polityków francuskich do oceny wydarzeń z przeszłości i wszczynania postępowań sądowych wobec niektórych historyków z powodu głoszonych przez nich poglądów (m.in. w sprawie oceny okresu kolonialnego Francji). Za główny cel Stowarzyszenie postawiło sobie obronę niezależności badań historycznych przed jakimikolwiek interwencjami politycznymi i naciskami ideologicznymi.

Francja, z czego bardzo rzadko zdajemy sobie sprawę, w ostatnich dziesięcioleciach wydała sporo tzw. ustaw pamięciowych, które były poświęcone interpretacji historycznej i ograniczały  swobodę wypowiedzi. Przykładowo w 1990 r. za czyn karalny uznano – podobnie jak w innych krajach europejskich – zaprzeczanie holokaustowi z rąk niemieckich nazistów, jak i innym zbrodniom przeciwko ludzkości zdefiniowanym w Procesie Norymberskim. Na efekty nie trzeba było długo czekać. W 1995 r. sąd skazał historyka Bernarda Lewisa, który na podstawie swych badań odrzucił nazywanie tragedii Ormian ludobójstwem. W 2001 r. wprowadzono przepis, który mówił, że niewolnictwo jest zbrodnią przeciwko ludzkości i winno zająć „znaczące miejsce” w nauczaniu i badaniach. Grupa obywateli wywodzących się z dawnych kolonii oskarżyła przed sądem innego historyka, Olivera Petre-Grenouilleau, który napisał monografię o handlu niewolnikami w Afryce, że dokonał w niej „zaprzeczenia zbrodni przeciwko ludzkości”. Jednocześnie wprowadzono inny zapis,  który nakazywał w programach szkolnych – w przeciwieństwie zresztą do już obowiązującego w sprawie traktowania niewolnictwa – uwzględniać „pozytywną rolę” Francji, zwłaszcza w „Afryce Północnej”. W wyniku protestów historyków i opinii publicznej sprawę Petre-Grenouillerau umorzono, a wątpliwy zapis o „pozytywnej roli” usunięto.

Przywołałem przykłady francuskie, by pokazać, że istnienie tego rodzaju ograniczeń czy manipulacji historią nie jest związane z państwami nie-demokratycznymi (czy wcześniej totalitarnymi), lecz demokracjami o długim nieraz stażu. Trzeba rzecz jasno postawić, że ustawy o pamięci nie mają na celu ochrony tej pamięci, ale ustanawiają prawdy historyczne pod groźbą sankcji karnych. Tego typu powstępowanie, które można zauważyć także w innych państwach europejskich, jest dowodem ich porażki w działaniach edukacyjnych i niewiary w siłę krytycznej opinii publicznej, które sama demaskuje i marginalizuje treści godzące w podstawowe wolności i prawa człowieka. To jednak dyskusja nad lepszą edukacją winna być celem wysiłków państwa i społeczeństwa, a nie wprowadzanie kolejnych paragrafów i obdarzanie nowymi uprawnieniami kontrolowania publicznej debaty organa państwowe. 

Trzeba jednak zaznaczyć, że coraz większy niepokój wywołuje stały spadek wiedzy historycznej w Europie, w tym i na tematy z historii najnowszej. Depozytariuszem pamięci i doświadczenia byli  świadkowie wydarzeń. Kanałem komunikacji najbardziej powszechnym była rodzina, dopiero potem szkoła. Z racji upływu czasu świadkowie okresu II wojny światowej przestają pełnić powoli te funkcje. Zastrzeżeń co do kształtu i efektywności pracy szkół na tym polu nie brakuje. Tym większa pozostaje jednak rola krytycznej opinii publicznej. Jej częścią są oczywiście specjaliści z zakresu historii, rozmaite agendy zajmujące się jej przedstawianiem i popularyzowaniem. Część z nich musi korzystać ze wsparcia państwa.

Na ile jednak państwo ma wpływać na kształt przekazu? Czy nie ulegnie pokusie wygodnego dla siebie modelowania wizji przeszłości, czy argumentami historycznymi (lub pseudohistorycznymi) nie zacznie wzmacniać swej bieżącej linii politycznej? Dotyczy to  państw, które w przeszłości były odpowiedzialne za zbrodnie, i tych, które były ich ofiarami. Wyraził to trafnie znawca dziejów Europy, jej pamięci i polityki historycznej, brytyjski historyk Timothy Garton Ash

Jest bardzo ważne, by narody, państwa, społeczeństwa i inne zbiorowości (o jednostkach nie wspominając) umiały z powagą stawić czoła złu wyrządzanemu przez nie i w ich imieniu. Hołd, jaki ofiarom i bohaterom warszawskiego getta złożył zachodnioniemiecki przywódca Willy Brandt, padając w milczeniu na kolana przed ich pomnikiem, to wedle mnie jeden z najpiękniejszych gestów w powojennej europejskiej historii. Żeby stawić czoła takim rzeczom, trzeba przede wszystkim o nich wiedzieć. Trzeba uczyć o nich w szkołach, upamiętniać je publicznie. Żeby uczyć, trzeba badać. Odkrywać, sprawdzać, przesiewać dowody, weryfikując możliwe przeciwne interpretacje.

Grożenie karą sądową raczej do zrozumienia i akceptacji nie wiedzie, abstrahując od rzeczywistych możliwości wymierzania owej kary przez sądy. Często w jakiś sposób heroizuje wyznawców takich poglądów w ich własnych oczach i kreuje ich na nosicieli „jedynej prawdy”, prześladowanych z tej racji przez rozmaitych zdrajców, agentów, ignorantów czy tzw. użytecznych idiotów.

Cytowane teksty:

Apel z Blois, „Gazeta Wyborcza”, 25.10.2008.

Timothy Garton Ash, Brońmy historyków przed policją pamięci, „Gazeta Wyborcza“, 25.10.2008.

 

Autor: Krzysztof Ruchniewicz

Historia najnowsza, badania i nauczanie, historia w przestrzeni publicznej, blog i ... / Zeithistoriker, Lehre und Forschung, PH, Blog und ...

Skomentuj