Raj na ziemi ze skazą

Portofino. Nazwa znana bardzo dobrze polskim uszom, zwłaszcza starszym pokoleniom. Melodyjny śpiew, szum morza, coś o wielkiej, namiętnej amore… Włoski szlagier, napisany przez Freda Buscaglionego w 1958 r. szybko stał się światowym megahitem. Polski tekst napisała Agnieszka Osiecka, a zaśpiewała m. in. Sława Przybylska. Historia z piosenki nuconej nad Wisłą różni się trochę od oryginału. Brak w niej happy endu, jest za to informacja, że i tam przychodzi jesień i kładzie kres marzeniom. Ale czy prawdziwe Portofino to tylko rajski zakątek, jak zachwalają je turystyczne prospekty?

Arrow
Arrow
Slider

Ostatnim punktem naszej wielkiej wyprawy było Portofino. Z San Fruttuoso prowadzi dobrze oznakowany szlak. Większość trasy wiedzie przez las lub zarośla, które dają tak potrzebną ochronę przed sierpniowym słońcem. Na trasie spotykaliśmy zaledwie pojedynczych turystów. Droga wzdłuż wybrzeża jest bardzo malownicza. W małych zatoczkach obserwowaliśmy kotwiczące jachty i motorówki. Być może byli to amatorzy nurkowania lub wędkowania. Warunki są tu wspaniałe. Woda przejrzysta, dno zróżnicowane…

Portofino otaczają gaje oliwne. Widok na zatokę zapiera wprost dech w piersi. Szkoda że później psują go paskudne słupy z kablami. Pewnym zgrzytem w cudownym krajobrazie są ogromnych rozmiarów jachty, które jakimś cudem wprowadzono do zatoczki. Wydają się być, zważywszy na skalę otoczenia, nadnaturalnie wielkie. Miasteczko najczęściej pojawia się w mediach za sprawą przygód celebrytów, posiada jednak własną ciekawą historię, silnie związaną ze zmieniającymi się epokami historycznymi i prądami w kulturze.

Ten punkt wybrzeża był znany już starożytnym Rzymianom. Mieli na nie zwrócić uwagę ze względu na zaciszne położenie zatoki lub też stada delfinów. Pliniusz Starszy, pisarz i historyk rzymski, pisał o nim jako o „Porcie Delfinów“ (Portus Delphini). W X wieku niewielka osada należała do opactwa w pobliskim San Fruttuoso, potem było własnością Republiki Genueńskiej. Jej wyjątkowe walory krajobrazowe odkryto w XIX wieku. Była to zasługa brytyjskich arystokratów i podróżników, którzy w czasie obowiązkowych „Grand Tour“ niezmordowanie przemierzali Italię. Jej krajobrazy ponownie ujawniły swą ogromną siłę inspirującą. W Wielkiej Brytanii pojawił się nowy styl w sztuce ogrodowej, zrywający z francuskim ujarzmianiem natury sekatorami i prostymi alejami. Angielskie ogrody, a właściwie parki opanowały Europę, pojawiając się nawet – za sprawą polskich magnatów – na jej wschodnich kresach. Każda z tych najodleglejszych kompozycji ogrodowych niesie w sobie pewien odblask także włoskiego ideału: malownicze wzniesienia, ruiny w cieniu drzew…

Do Portofino, choć nie miało wspaniałych zabytków Rzymu, Florencji czy Wenecji, a tylko uroczy pejzaż, w XIX wieku zaczęło przybywać coraz więcej turystów. Byli wśród nich członkowie rodów królewskich, książęta Kościoła, znani pisarze. Niektórzy osiedli tu na stałe, zniewoleni łagodnym klimatem oraz pięknem przyrody. Obsługa przybyszy stała się dodatkowym źródłem utrzymania dla rybackiej osady. W Portofino zamieszkał też w 1911 r. pewien Niemiec. Zasłużony dyplomata i fotografik Alfons Mumm von Schwarzenstein (1859-1924), prywatnie brat „króla niemieckiego szampana“, którym i dziś jeszcze można wznosić toasty. Po kilku latach Alfons, który uznał Portofino za swą małą ojczyznę, otrzymał nawet tytuł zasłużonego obywatela. Zawdzięczamy mu m.in. zdjęcia Portofino z pierwszych dwóch dziesięcioleci XX wieku. Stworzenie na Półwyspie Portofino parku narodowego w 1935 roku miało ogromny wpływ na dalszy rozwój osady. By zachować walory przyrodnicze i krajobrazowe, nie wydawano zezwoleń na budowę nowych domów. Miejscowość zastygła w niezmienionym kształcie.

Druga wojna światowa nie ominęła i Portofino. Po wylądowaniu aliantów na Sycylii i nieudanej próbie zmiany frontu przez Włochy, Niemcy potraktowali sojusznika z całą bezwzględnością. W grudniu 1944 r. na niewielkiej plaży w Portofino, nazywanej Olivetta, dokonano egzekucji dwudziestu więźniów, których ciała wrzucono do morza. Współwinnym był niemiecki komendant miasta, porucznik Ernest Reimers. Pod koniec wojny otrzymał on także rozkaz wysadzenia w chwili wycofywania się w powietrze portu, co oznaczało zniszczenie całej osady. Miało to nastąpić w dzień patrona jednego z kościołów, św. Jerzego (23 kwietnia 1945 r.). Wskutek interwencji wdowy po Alfonsie Mumm von Schwarzenstein, Jeannie Mackay-Watt, Reimers ostatecznie nie wypełnił rozkazu. Niedługo potem został aresztowany koło Pizy, udało mu się wydostać na wolność, m. in. dzięki przywołaniu faktu oszczędzenia Portofino. Jego udział w represjach nie wyszedł wtedy na jaw. Zapewne myślał, że tak już pozostanie, skoro w 1983 roku przyjechał jako zachodnioniemiecki turysta do Ligurii. Może szukał śladów po swej włoskiej „fidanzata”, miłości, którą i nazista (jak wielu innych, jeśli wierzyć piosence) znalazł z Portofino? Został przypadkowo rozpoznany i obawiając się zatrzymania natychmiast wyjechał do RFN.

Dopiero od lat 60. XX wieku próbowano wyjaśnić okoliczności masakry w Portofino i setkach innych włoskich miejscowości (ponad 600 spraw). Materiały zostałe zebrane i… nic z tych działań nie wynikło. W 1996 r. dokumentację odnaleziono (o ile to właściwe słowo) w Rzymie w siedzibie prokuratury wojskowej (Uffici giudiziari militari superiori) w Palazzo Cesi w tzw. szafie wstydu (l’armado della vergogna). Przez dziesiątki lat teczki z dokumentami, relacjami świadków spoczywały w kurzu zamknięte pod kluczem. Pod koniec lat 90. XX wieku próbowano postawić Reimersa przed sądem, jednak się to nie udało. Zmarł w miasteczku Wedel w Szlezwigu-Holsztynie w 2012 r. Dożył 90 lat.

Plaża Olivetta jest dziś małym, ale zatłoczonym kąpieliskiem. Podobno na przełomie 1944/1945 miejscowi rybacy odnajdywali w swych sieciach fragmenty ciał zastrzelonych. Z obawy przed Niemcami nie urządzono im nigdy pogrzebu. Dzisiaj o ofiarach egzekucji przypomina nazwa głównego placu w Portofino, poświęconego „Martiri dell’Olivetta“. Setki turystów dziennie sącząc prosecco lub zajadając się lodami spoglądają z niego na zatokę Portofino. Być może ulegają choć na chwilę miłemu sercu złudzeniu, że tu słońce zawsze świeci i gdyby tylko zamieszkali w takim miejscu ich życie byłoby jak niekończące się wakacje.

Zob.

Carlo Gentile, Wehrmacht und Waffen-SS im Partisanenkrieg. Italien 1943–1945, Paderborn 2012.

Dalsze wskazówki bibliograficzne o Włoszech w czasie wojny.

Zob. także:

Ruiny w ogrodzie

Przy dźwięku cykad

Sol vita est

Siódme poty

Autor: Krzysztof Ruchniewicz

Historia najnowsza, badania i nauczanie, historia w przestrzeni publicznej, blog i … / Zeithistoriker, Lehre und Forschung, PH, Blog und …

Skomentuj