Siódme poty

Plan był bardzo ambitny. Półwysep Portofino w jeden dzień. W Camogli rozpoczyna się polecany w przewodnikach szlak przez San Rocco, San Nicolo, Punta Chappa, San Fruttuoso, Portofino do Santa Margherita. Podliczyliśmy kilometry. Wydawało nam się, że pokonamy trasę bez problemu. Trochę przeliczyliśmy się, musieliśmy zrezygnować z ostatniego punktu w programie. Zbyt duże różnice w terenie, lejący się żar z nieba, ciągłe przerwy na podziwianie przepięknych widoków i zabytków. I do tego czas na fotografowanie (nie posługuję się automatycznym ustawianiem obiektywu). Zwiedzanie półwyspu należy podzielić na dwa etapy, nie ma sensu (i potrzeby) na siłę się forsować.

Arrow
Arrow
Slider

Tym razem w planie było obejście Półwyspu Portofino. Dzień wcześniej kupiliśmy przez internet bilety na pociąg. Ceny bardzo korzystne, zwłaszcza gdy się pomyśli o krętych drogach i problemach z parkowaniem. Portal kolei włoskiej ma kilka wersji językowych, pdf z biletami otrzymujemy e-mailem. Przejazd pociągiem z Riva do Camogli, początku naszej wędrówki, trwał ok. 30 min. Pociąg, mimo że tylko regionalny, jest wygodny, klimatyzacja działała bez zarzutu. Tłoku nie ma. Po opuszczeniu dworca, schodami w dół doszliśmy do nadbrzeża Camogli. Przybyliśmy tu dość wcześnie. Na kamienistej plaży trwały jeszcze prace porządkowe przed napływem urlopowiczów. Miasteczko nie ma dużej plaży, tzw. publiczna jej część jest mała. W przewodnikach zachwala się widok fasady domów z XVIII i XIX wieku, skierowanych ku morzu. Są to stosunkowo wysokie, 5-6 kondygnacyjne budynki. Na mnie ta główna, pocztówkowa panorama nie zrobiła większego wrażenia, może z powodu zeszpecenia plaży dwoma tarasami restauracyjnymi o wyglądzie mocno współczesnym. Natomiast spodobała mi się sąsiednia mała zatoka z łodziami rybackimi. Na placyku przed nią znajduje się wiele kafejek. Można się wypić poranne espresso i obserwować pracę rybaków.

Camoglię można byłoby potraktować jako jedno z wielu malowniczych nadmorskich miasteczek, jakich wiele wzdłuż wybrzeża liguryjskiego. Warto jednak pamiętać, że w przeszłości była zwana „miastem tysiąca łodzi żaglowych“, uchodziła za potęgę morską. Aktywnie uczestniczyła w handlu śródziemnomorskim, jej dzielni żeglarze docierali do Morza Północnego. Świetność Camogli przypadła na XVII wiek, kiedy to usunęła w cień sąsiednią Genuę. Krokiem ku upadkowi okazało się związanie losu z fortuną Napoleona. Flotylla z Camogli poniosła klęskę z rąk słynnego admirała Horacego Nelsona (1758-1805) na egipskich wodach koło Abukir w 1798 roku. Wraz z pojawieniem się statków parowych, znaczenie miasta ostatecznie upadło. Do tradycji morskich nawiązuje utworzona jeszcze w XIX wieku szkoła morska im. Krzysztofa Kolumba oraz dom spokojne starości dla siwowłosych dawnych wilków morskich.

Z zabytków Camogli warto zobaczyć kościół Santa Maria Assunta, który znajduje się w sąsiedztwie twierdzy (taż zamknięta na głucho). W zakrystii można podziwiać obraz „Zdjęcie z Krzyża“, liguryjskiego mistrza pędzla, Luki Cambioso (1527-1585).

Kolejnymi punktami na szklaku były San Rocco, San Nicolo oraz punkt widokowy na skalistym przylądku, Punta Chiappa. Szlaki są doskonale oznakowane, stosunkowo wygodne nawet dla ludzi z adidasach (choć nie brak na nich i bezrefleksyjnych użytkowników japonek). Do San Rocco prowadzi strome podejście. Pokonaliśmy setki schodów. Mijaliśmy wille, sady oliwne i winnice. Towarzyszył nam narastający śpiew cykad. Z San Rocco rozpościera się piękna panorama Camogli. Warto zajrzeć też do miejscowego kościoła. Znajduje się tam wizerunek Maryjny (Nostra Signora della Salute) w marmurowym ołtarzu oraz liczne freski, głównie dziewiętnastowieczne. Źródełko pozwala na uzupełnienie zapasów wody. To ważne, na trasie już nie będzie takich miejsc, a pić trzeba regularnie.

Po forsownym marszu pod górę, droga do San Nicolo była mniej wyczerpująca. Wiodła cały czas w dół. Martwiło nas tylko, że według mapy, by pójść dalej, trzeba będzie niemały jej kawałek przejść z powrotem. Tym razem pod górę. Po ponad godzinnym marszu dotarliśmy do jednego z najstarszych kościołów w regionie, San Nicolo di Capodimente. Znaleźliśmy na jego podwórcu schronienie przed słońcem i nieco chłodu. Marmurowe kolumny z portalu tej romańskiej świątyni pokazują upływ czasu. Nawet kamień się nie oprze marszowi stuleci.

Najbardziej wysuniętym punktem półwyspu jest Punta Chiappa. Dotarliśmy tam po kolejnej godzinie marszu nadbrzeżem. Tutejsze skały osadowe przetykane są kamieniami tak gęsto, jak ciasto szczodrego cukiernika bakaliami. Wygląda to ciekawie, ale też szybciej morze niszczy taki brzeg. Punta Chiappa to obecnie malowniczy punkt widokowy, miejsce wypoczynku turystów z Camogli (można to dostać się statkiem). Wprawdzie nie ma tu plaży, jednak jest bardzo dobre zejście do morza. Woda wokół szmaragdowa.

Kilkugodzinny marsz zmęczył nas całkiem porządnie. Zbliżało się południe i ambitny plan wymagał aktualizacji. By dostać się do San Fruttuoso musielibyśmy wrócić spory kawałek przebytej drogi, idąc cały czas pod górę (tysiące schodów). Potem mielibyśmy jeszcze ok. 2,5 godziny marszu. Postanowiliśmy dostać się do San Fruttuoso statkiem. Bilet nie był drogi (6 Euro), a statki w sezonie odpływają co godzinę. Była to dobra decyzja. Z pokładu mogliśmy podziwiać klifowe nadbrzeże oraz przyrodę nadmorską. Widać też było bunkry kontrolujące niegdyś wybrzeże i wiodącą wzdłuż niego drogę morską.

Po 20 minutach dotarliśmy do celu. Wpłynęliśmy do małej, malowniczej zatoczki, nad którą dominowało benedyktyńskie opactwo (Abbazia di San Fruttuoso) oraz wieża Doriów. Niewielka plaża przed klasztorem była wypełniona szczelnie turystami. Taki kontrast wobec historii tego miejsca. Początki opactwa sięgają wczesnego średniowiecza. Jego powstanie związane jest z legendą o biskupie męczenniku, San Fruttuoso. Miał on pojawić się w śnie jednemu ze swych uczniów i wskazać mu zatoczkę na półwyspie Portofino pod nowy klasztor. Swą świetność przeżył on w wiekach X-XIV. Było ważnym ośrodkiem duchowym, politycznym i gospodarczym. Wzmocnienie miejskiej niezależności, spory religijne oraz najazdy turecko-arabskie przyczyniły się do upadku znaczenia opactwa, aż w końcu jego likwidacji. W XVI wieku zabudowania przejęła rodzina Doriów, którą zachowała prawa patronackie przez kolejne trzy stulecia (do 1983 r.). Jeden z najbardziej znanych członków tej zamożnej rodziny, dowódca floty, admirał, wierny stronnik cesarza Karola V, Andrea Doria (1466-1560), zlecił przeniesienie grobów swych przodków z Genui do San Fruttuoso. Zarówno kościół, jak i dawny klasztor są otwarte dla zwiedzających. Do wieży Doriów nie można wejść, ale można w niej wynająć wakacyjne lokum.

Zaczęliśmy się zastanawiać, jak żyło się tutaj mnichom przed stuleciami, jak zdobywali żywność (skały wokół raczej nie obiecywały dużych plonów), kontaktowali się ze światem. Z pewnością panował wtedy spokój, przerywany dzwonem na modlitwę. Dzisiaj to miejsce w niczym nie przypomina samotni mistyków. Ogromny gwar stłoczonych zastępów urlopowiczów sprawia, że szybko czujemy się zmęczeni. Na dokładne zwiedzanie, wczucie się w dawną atmosferę trzeba wybrać inną porę roku. Kolejnym punktem w programie było słynne Portofino, ulubione przez gwiazdy, twórców piosenek i reklam. Miejscowość ta zasługuje na osobne potraktowanie, poświęcę jej mój kolejny wpis.

Zob. także:

Ruiny w ogrodzie

Przy dźwięku cykad

Sol vita est

Autor: Krzysztof Ruchniewicz

Historia najnowsza, badania i nauczanie, historia w przestrzeni publicznej, blog i … / Zeithistoriker, Lehre und Forschung, PH, Blog und …

Skomentuj