Ruiny w ogrodzie

W tym roku postanowiliśmy „odkryć“ inną część Włoch. Już od kilku lat rodzina domagała się powrotu nad morze. Wybór padł na Ligurię (choć początkowo miał być Bałtyk…). Przeglądaliśmy przewodniki, różne strony w internecie, galerie zdjęć z wakacji. Mnie do wyboru Ligurii przekonały dwie miejscowości, które chcę koniecznie zwiedzić. Są to Genua i Rapallo. Naszą bazą jest jedna z bardziej znanych miejscowości nadmorskich, Sestri Levante. Na autostradzie w stronę Mediolanu spotkały nas niespodzianki. Nie otrzymaliśmy żadnego kwitu po przekroczeniu barierek. Ostatecznie nie było to żadnym problemem, po prostu co pewien odcinek pobierana jest opłata (na nasze oko bez pokwitowania). Dopiero po opuszczeniu obwodnicy Mediolanu automat „wypluł“ bilet. Tak rozpoczęła się nasza kolejna przygoda wakacyjna. Historia nie opuściła nas jednak nawet na krok, jak zawsze wiernie nam towarzyszy (skrzywienie zawodowe).

2016-08-08_sestri_levante-6

Autostrada w kierunku Genui jest jedną ze starszych. Im bliżej miejscowości nadmorskich różnica między autostradą a zwykłą drogą zaciera się. Dzisiaj nikt już nie buduje tego typu dróg. Wiele zakrętów, liczne ograniczenia prędkości, szosa wiodąca tuż obok domów mieszkalnych, których nie chronią żądne ekrany dżwiękoszczelne. Można mieć wrażenie, że jest to powrót do historii autostrad, lepiej można sobie wyobrazić ich początku. Być może było to tylko moje skojarzenie, ale nasza autostrada przypominała niektóre sceny z filmów z Jamesem Bondem. Zakręty, trochę sportowych aut obok (także w wersji kabriolet), atrakcyjne widoki. Aż chciałoby się przycisnąć gaz. A tu co rusz ograniczenie prędkości i ostrzeżenia po włosku o jej kontrolowaniu…

2016-08-08_sestri_levante

Po zakwaterowaniu udaliśmy się na pierwszy spacer, zachodzące słońce dodawało uroku naszej zatoce. Pierwsza kąpiel. I ta słoność wody… Morze nie pachnie jodem tak jak w Polsce, jednak jego kolor i temperatura są niezrównane. Postanowiliśmy wrócić tu następnego dnia. W planie chcieliśmy bliżej poznać miejscowość, główne zabytki i jej historię. Przeszłość naszego nadmorskiego miasteczka jest bardzo bogata. Dzisiaj dominują tu kamienice i wille z XIX wieku, ale można znaleźć także starsze budowle, głównie sakralne. Po drodze do jednego z najstarszych kościołów, świątyni poświęconej św. Mikołajowi z XII wieku, trafiliśmy na zabezpieczone ruiny. Między resztkami murów stał posąg. Jak się okazało była to święta Katarzyna. Co się stało z poświęconą jej świątynią? W przewodniku była tylko lakoniczna informacja, jak się okazało mylna. Winnymi zniszczenia kościoła mieli być uciekający Niemcy pod koniec II wojny światowej. Postanowiłem dowiedzieć się czegoś więcej na temat tej historii.

2016-08-08_sestri_levante-5

Internet na niewiele się przydał. Kilka ogólnikowych zdań. Postanowiłem wysłać mail z pytaniami do kilku instytucji zajmujących się tu działalnością kulturalną. Pani Luisa Lucceti, miejscowa bibliotekarka, odpowiedziała ekspresowo na mój list:

l’Oratorio di Santa Caterina d’Alessandria è stato distrutto da un bombardamento aereo alleato della notte del 27 agosto 1944.

Odpowiedzialnymi za zniszczenie tego kościoła byli więc alianci, nie Niemcy, którym odruchowo przypisujemy wszystkie straty (bo też i pozostawili ich po sobie cały ogrom, także we Włoszech). Takich przypadków w czasie ostatniej wojny było więcej. Proza wojennej rzeczywistości. Zaskoczył mnie jednak brak konkretnej informacji na oficjalnych stronach, kto był sprawcą. Czy nie odgrywa to dzisiaj już większej roli? A może jest jakoś niezręcznie pisać o przewinach wyzwolicieli? Czy ma to jeszcze dziś jakieś znaczenie? Być może niejedna nasza dyskusja historyczna mogłaby się potoczyć inaczej, gdybyśmy z większym dystansem podchodzili do swej historii i relacji z innymi, zwłaszcza sąsiadami.

2016-08-08_sestri_levante-7

Resztki oratorium zabezpieczono w postaci trwałej ruiny i zamieniono w miejsce pamięci. Zostało ono poświęcone wszystkim ofiarom bombardowań. Pomnik ten robi wrażenie, nawet jeśli sprawca nie jest bezpośrednio wskazany. Stanowi ogromny kontrast do miejsca poniżej, gwarnej i kolorowej plaży, gdzie przy pięknej pogodzie spędza się wakacyjne dni. Zapewne w końcu sierpnia 1944 r., gdy na nic nieznaczące pod względem wojskowym Sestri Levante spadło kilka przypadkowych bomb, również było gorąco, a lazur nieba zlewał się z błękitem morza. Tragedia ludzi nie zmieniła ani trochę piękna przyrody wokół. To piękno, tak zachwycające zwłaszcza przybyszy z nad zimnych szarych mórz Północy, jest jednak w jakimś sensie bezlitosne i nieczułe. No cóż, jutro czas na leniwe plażowanie…

2016-08-08_sestri_levante-8

Autor: Krzysztof Ruchniewicz

Historia najnowsza, badania i nauczanie, historia w przestrzeni publicznej, blog i … / Zeithistoriker, Lehre und Forschung, PH, Blog und …

Skomentuj