Optymizm Jubilata

Jubileusze to nie tylko poniekąd oczywista okazja do spojrzenia w przeszłość, ale też do zastanowienia się nad przyszłością. Wczoraj nie było inaczej. 60. urodziny prof. Włodzimierza Borodzieja, jednego z najbardziej znanych historyków zajmujących się XX wiekiem, a relacjami polsko-niemieckimi w szczególności, były ważnym wydarzeniem, które wykroczyło poza krąg towarzyski i rodzinny jubilata. Podczas uroczystości sporo było o minionym, ale i o tym, co przed nami. Zainteresował mnie jeden z wątków podjęty przez samego Jubilata. Mówił on o kondycji historii jako nauki i samych historyków. Wyróżnił kilka okresów w rozwoju polskiej historiografii, podkreślił znaczenie wymiany międzygeneracyjnej. Wystąpienie zakończył niemal optymistycznie, co jednak wywołało moje wątpliwości. Czy upolitycznienie naszego fachu, którego jesteśmy teraz świadkami, nie odbija się negatywnie?

Z uwagą słucham wypowiedzi starszych kolegów, podejmujących próbę analizy kondycji naszej dziedziny. Nieco inny punkt oglądu spraw może być przecież bardzo inspirujący. Wczorajszy Jubilat i ja należymy do różnych pokoleń. Nie chodzi tu o sam wiek, bo różnica lat nie jest taka duża. Zdobyliśmy jednak doświadczenie w różnych epokach historycznych i to one kwalifikują nas do różnych generacji. Dla Jubilata punktem odniesienia byli starsi historycy, nieraz w czasie wojny zaangażowani w walkę podziemną. Dla mnie punktem odniesienia było pokolenie już powojenne. Mój Mistrz, prof. Wojciech Wrzesiński, karierę naukową rozpoczął na przełomie lat 50. i 60. XX wieku.

Jubilat studiował historię w latach 70., ja dekadę później. Różnica, zwłaszcza w perspektywie historii, niewielka, ale to były dwie różne epoki. Lata 70. stały pod znakiem pewnego otwarcia na Zachód, możliwości wyjazdów, także historyków, były znacznie większe. Normalizacja stosunków z RFN stwarzała dodatkowe możliwości. Zaczęto tworzyć nowe instytucje, jak np. Wspólną Polsko-Niemiecką Komisję Podręcznikową, pierwsze znaczące gremium wymiany poglądów między historykami polskimi i niemieckimi. Przyszły prof. Borodziej na przełomie lat 70. i 80. pełnił funkcję (współ-) sekretarza naukowego tej komisji.

Dla mnie możliwość wyjazdu zagranicę po wprowadzeniu stanu wojennego była żadna, pierwsza pojawiła się 1987 czy 1988 i to do … NRD. Dopiero na przełomie lat 80. i 90. sytuacja całkowicie się zmieniła. Odpadły ograniczenia wynikające z polityki. Przed historykami, zwłaszcza badaczami dziejów najnowszych pojawiły się nowe możliwości, ale też wyzwania, z którymi dotąd nie mieli do czynienia.

Dla Jubilata lata 90. były dekadą ogromnej próby i wysiłku. Historycy nie tylko poświęcali się nauce, ale i włączali się do realizacji różnych nowych zadań stawianych przez państwo i społeczeństwo. Wielu z nich zaangażowało się politycznie, zostając demokratycznie wybranymi przedstawicielami społeczeństwa w różnych gremiach. Także przed uczelniami stanęły nowe problemy. Studia stały się masowe, a obciążenia dydaktyczne – mimo wzrostu zatrudnienia – przybrały duże rozmiary. Powstały studia doktoranckie, które szybko zastąpiły tradycyjny szlak kariery młodych naukowców (asystent, starszy asystent przez mniej więcej 8 lat, potem po obronie dysertacji adiunkt). Zaczęły powstawać nowe kierunki, prywatne uczelnie, na których wykładali i tak pracownicy szkół państwowych. Kandydatów do studiowania było tak wielu, że nie przejmowano się dylematami konkurowania z macierzystą placówką. Z biegiem czasu powstał problem wieloetatowości części kadry.

Lata 90. przyniosły też pewną poprawę naszego położenia finansowego (głównie jednak dzięki braniu nadgodzin, ale też wskutek uczestnictwa w projektach naukowych, zwłaszcza zagranicznych). Moja generacja stała się beneficjentem tych zmian. Mogliśmy korzystać ze stypendiów, nasi mistrzowie roztaczali nad nami swój parasol ochronny. Możliwość druku była bardzo szeroka. Już nie doktoraty stawały się pierwszymi książkami w karierze, ale i prace magisterskie. Fala wypełniania „białych plam” przyniosła bowiem sporą koniunkturę dla historyków XX w.

Z pomocą naszych starszych kolegów, także Jubilata, moje pokolenie nawiązywało pierwsze zagraniczne kontakty, które wkrótce zaczęły procentować. Ważną rolę odgrywały różne fundacje, przede wszystkim niemieckie, które wspierały pobyty stypendialne, projekty badawcze, organizację różnych konferencji, druk publikacji. Na przełomie wieków można było mieć wrażenie, że – mogę to powiedzieć o niemcoznawcach – istniała grupa podobnie myślących, wzajemnie szanujących i słuchających się.

W tym czasie jednak zaczął się powolny proces różnicowania środowiska historycznego, który – być może to była jedna z przyczyn – był związany z wymianą generacji. Do głosu zaczęli też powoli dochodzić młodzi doktorzy, którzy ukończyli seminaria doktorskie, poza tradycyjnymi strukturami uniwersyteckimi szukali dalszego zatrudnienia w zawodzie. Przed historykami pojawiały się też nowe możliwości. Utworzenie Instytutu Pamięci Narodowej było jedną z nich. Druga połowa pierwszego dziesięciolecia XXI jeszcze bardziej zaatomizowała społeczność historyków w Polsce. Coraz bardziej do dyskusji między nami zaczęła wkraczać polityka, a może było odwrotnie, to polityka wymusiła zajęcie stanowiska i spowodowała zróżnicowanie? Nastąpił okres polaryzowania się stanowisk, który – wbrew optymizmowi Jubilata (być może zrozumiałemu w okolicznościach wygłaszania przez niego przemówienia) – dzisiaj moim zdaniem nadal się zaostrza.

Można się zastanowić, czy podział historyków na – nazwijmy to umownie – dwa obozy jest faktem, czy tylko medialną próbą wpisania ich w „wojnę polsko-polską”? Czy obecne polityczne angażowanie się części z nas jest innym zjawiskiem niż wcześniej okazywane sympatie i skłonności polityczne? Czy można je uznać za zaciągnięcie się na służbę bieżącej polityce? A w końcu kiedy przestajemy być naukowcami, a stajemy się instrumentem politycznym? Są to pytania i dylematy, które bez wątpienia będą nam towarzyszyć w następnych latach.

Pokusa wejścia w związki z polityką oczywiście istnieje, nie jest ona mała. Tak jest we wszystkich środowiskach. W naszym przypadku politycy ciągle jeszcze decydują o podziale pieniędzy, których potrzebujemy na badania, publikacje. Procedury ubiegania się o granty i dotacje można łatwo obejść, na nowo konstruować wymagania, np. ministerstwa, z myślą o konkretnym beneficjencie. Sterując, znaczącym jak na polskie warunki, budżetem IPN, można „nadmuchiwać” pewne obszary badań itd.

Oczywiście, pozostaje problem nadrzędny, czy w obliczu tak spolaryzowanych stron możliwie szeroka dyskusja o stanie historiografii i samej historii najnowszej jest jeszcze możliwa? Dyskusja, debata, wymiana poglądów… Chciałbym posiadać optymizm Jubilata, który dostrzega oznaki pozytywne. Być może to Jego spojrzenie z szerszej perspektywy, wzbogacone głębszym doświadczaniem jest bardziej uzasadnione niż mój sceptycym. Oby tak było.

Zob.

1956. (Nieco) inne spojrzenie. Eine (etwas) andere Perspektive. Książka inspirowana 60. urodzinami Włodzimierza Borodzieja. Jemu też dedykowana, red. / hrsg. von Jerzy Kochanowski i Joachim von Puttkamer, Warszawa: Nerition, 2016, ss. 511.

Autor: Krzysztof Ruchniewicz

Historia najnowsza, badania i nauczanie, historia w przestrzeni publicznej, blog i ... / Zeithistoriker, Lehre und Forschung, PH, Blog und ...

  1. Krzysztof Kawalec

    Ciekawy tekst, m.in. ze względu na refleksję nad upływem czasu i zmianami pokoleniowymi. Natomiast nie mogę się zgodzić z tezą, że polityka wkracza do środowiska historyków „coraz bardziej”. Zawsze była w nim obecna, prowokując podziały nawet głębsze niż dzisiaj.
    Warto dodać, że w społeczeństwie pluralistycznym podziały i konflikty są rzeczą normalną (i nawet pozytywną), a historycy byli i są częścią społeczeństwa. To, co ich powinno wyróżniać, to umiar i poczucie dystansu – z uwagi na posiadaną wiedzę o dawnych problemach i sporach, dla współczesnych niezwykle absorbujących i ważnych, a dzisiaj interesujących jedynie specjalistów.

  2. Miłosława Borzyszkowska-Szewczyk

    Sceptycyzm nie jest mi obcy, a wręcz jest moim wiernym towarzyszem. Polaryzacja i upolitycznienie środowiska naukowego – zwłaszcza acz nie tylko w naukach historycznych – stała się faktem. Czy rzeczowy dialog/dyskusja są jeszcze możliwe w tej sytuacji? Trudno powiedzieć na ile, ale raczej innej drogi niż trwanie przy dialogu nie ma. Czy istnieje bowiem inny sposób przerzucania mostów ponad podziałami, nawet jeśli różnica w obecnym kontekście jawi się jako przepaść? …Może warto trwanie przy dialogu określić jako warunek konieczny kontynuowania (społecznych) negocjacji niezbędnych dla wypracowania modi co-vivendi odmienności. Nawet gdy to proces rwany, a droga wyboista, co by nie powiedzieć – pole minowe… A może spójrzmy na problem jeszcze inaczej. Czy warto trwać przy przekonaniu, że pogłębianie polaryzacji jest nieuchronne? W wywiadzie-rzece Życie w kontekstach Zygmunt Bauman zawarł m.in. pewną propozycję taktyki przetrwania: „Można na niedokończone, rozgrzebane tylko wątki spojrzeć jak na zaproszenie do dialogu – jako na warunek jego nieustannego otwarcia”. Więc może lepiej wszystko potraktować jako rozgrzebane wątki… Sceptycyzm zapobiega rozczarowaniu, ale z optymizmem – nawet jeśli wypracowanym – dużo lżej;)

  3. Ryszard Matura

    Piękna laudacja i żałuję, że nie znam wystąpienia prof. Borodzieja. Muszę się przyznać, że dosyć słabo znam literaturę o stosunkach polsko-niemieckich. Problem tu postawiony na szczęście nie tego dotyczy, a stawia b. aktualne pytanie o możliwość dyskusji bardzo upolitycznionego środowiska historyków. Dyskusja ta trwa i będzie trwała. Zarówno międzypokoleniowa, co jest naturalne i oczywiste, jak również z tego powodu, że nastąpił dostęp do archiwów, co np. na przełomie lat 60/70 nie było łatwe. Jedynym zmartwieniem z mojego punktu widzenia, „kibica już tylko”, to pojawiający się głęboki podział na: historyków i „historyków IPN”, czyli pompowania tematów i problemów ważnych bardziej ideologicznie niż poznawczo. Obawiam się również, że będzie znowu tylko narracja „głównego nurtu”, a odwaga stanieje. Z rozmów z moimi kolegami, niektórzy jeszcze działają w zawodzie, wynika, że nastąpił niekorzystny proces wśród studentów nieznajomości dorobku naszej historii. Ostatnio wyczytałem dla mnie niezrozumiałe i bolesne, że prof. Askenazy to największy fałszerz historii, a jego tzw. szkoła to mit. Jak i inna opinie, że prof. T. Wojciechowski pisał „Szkice historyczne z XI wieku” jako agent austriacki.

  4. Antoni Dudek

    Skoro społeczeństwo jest silnie podzielone, to trudno oczekiwać, że współtworzące ją środowisko historyków takie nie będzie. Dyskusja jest jednak możliwa i to tak długo, jak długo po każdej ze stron będą ludzie, którzy chcą ją prowadzić i nie dadzą się zastraszyć swoim „wewnątrzobozowym” strażnikom „czystości” uznającym każdy dialog, który nie jest monologiem za „zdradę”.

Skomentuj