Wspomnienia Shlomo Grabera z pracy w AL Fünfteichen (obecnie Miłoszyce)

W

Odsłonięcie instalacji poświęconej obozowi pracy, który działał pod koniec ostatniej wojny w dolnośląskiej wsi Miłoszyce (AL Fünfteichen), skłoniło mnie do poszerzenia wiedzy na jego temat. Odświeżyłem sobie posiadaną w domowej bibliotece literaturę, zacząłem uzupełniać brakujące tytuły. W trakcie poszukiwań trafiłem na wspomnienia czeskiego Żyda, Shlomo Grabera, który wraz z ojcem znalazł się w miłoszyckiej filii KL Gross Rosen. Postanowiłem przetłumaczyć fragment jego wspomnień1. To ciekawe świadectwo, jedno z tysięcy podobnych, które na szczęście dla nas zdołali pozostawić byli „niewolnicy” III Rzeszy.

Shlomo Graber

Urodził się w miejscowości Majdan w 1926 roku (ówczesna Czechosłowacja) w rodzinie żydowskiej. Dorastał w Nyibtor na Węgrzech. W maju 1944 roku został deportowany do KZ Auschwitz-Birkenau, następnie z ojcem został przeniesiony do AL Fünfteichen (obecnie Miłoszyce) na Dolnym Śląsku, największej filii KL Gross Rosen. Koniec wojny zastał go w KL Biesnityer Grund w Görlitz (Zgorzelec). Z 34 członków rodziny ze strony ojca przeżył II wojnę tylko on i ojciec, natomiast ze strony matki z 55 członków jedynie dziesięć osób. W 1948 roku Shlomo Graber wyemigrował do Izraela. Od 1989 roku mieszka w Bazylei (Szwajcaria). Dalsze informacje biograficzne znajdują się na jego stronie internetowej, która dostępna jest w kilku językach.

Wspomnienia

Na spisanie wspomnień Shlomo Graber zabrał się stosunkowo późno. Na początku lat 80. Udzielił wywiadu dziennikarzowi gazety „Yedioth Aharonnot”, w którym opowiedział o swych obozowych przeżyciach. Rozmowa z dziennikarzem zainspirowała go, by chwycić wreszcie za pióro. Kilka lat później wydał wspomnienia pt. Schlajme. Von Ungarn durch Auschwitz-Birkenau, Fünfteichen und Görlitz nach Israel. Jüdische Familiengeschichte 1859-20012. Oto fragment wspomnień o pobycie w miłoszyckim obozie.


Shlomo Graber

Obóz „Fünfteichen”

„Fünfteichen” był jednym z wielu podobozów obozu KL Gross-Rosen na Dolnym Śląsku. To miejsce nie pojawia się na mapie, ponieważ Fünfteichen został zbudowany specjalnie dla niemieckiego przemysłu zbrojeniowego.

Budowę nadzorował Albert Speer, nazistowski minister ds. uzbrojenia i produkcji wojennej. Za produkcję uzbrojenia odpowiadała firma Krupp.

Z Auschwitz zostaliśmy przewiezieni bezpośrednio do Fünfteichen, aby pracować jako robotnicy przymusowi w przemyśle zbrojeniowym. Zostaliśmy podzieleni na dwie grupy: grupę Speer i grupę Krupp. Mój ojciec i ja dołączyliśmy do grupy Speer, która zajmowała się pracami budowlanymi. Zakwaterowanie w obozie zostało rozdzielone w zależności od przynależności do grupy. W tym samym czasie do obozu trafili także Żydzi z Polski, w większości z łódzkiego getta. To było moje pierwsze spotkanie z Żydami z innego kraju. W mojej grupie znalazło się wielu Żydów z Węgier, którzy nie rozumieli języka jidysz. Ta trudność w porozumieniu wpłynęła na stosunki między Polakami a Węgrami. Na szczęście znałem jidysz i rozumiałem też trochę po polsku, czego nauczyłem się od mojej mamy.

Gdy tylko zaczynałem odczuwać głód, grzebałem za okruchami chleba po kieszeniach, jak inni głodujący ludzie. Od dawna już przebywający w obozie polski Żyd zauważył w języku jidysz: „Ty Hirensi! Du hast noch Schmutz in die Oiren fun derheim und du kratzt schoin in die Keschenes?” W tłumaczeniu na niemiecki znaczyło to coś w rodzaju: „Ty sukinsynu! Nadal masz brud z domu za uszami i już drapiesz się w kieszeniach?” Gniew spowodowany był tym, że ludzie ci wegetowali w obozie od kilku lat, podczas gdy my przybyliśmy jeszcze dobrze odżywieni.

Na placu budowy zostaliśmy przydzieleni do grupy tragarzy, którzy rozładowywali worki z cementem z pociągu towarowego jadącego na plac budowy. Rozkaz był taki, że nie wolno nam było chodzić po placu budowy, tylko biegać. Oznaczało to, że wszystkie prace musiały być wykonane w biegu, łącznie z rozładunkiem worków z cementem. Dwóch więźniów rzuciło mi na ramiona worek cementu o wadze 50 kilogramów, a ja musiałem z nim biegać, aż dotarłem do betoniarki, upuściłem worek i biegałem dalej bez przerwy, zawsze w kółko. Strażnicy pędzili nas z biczem dookoła i biada tym, którzy odważyli się zwolnić. Natychmiast go bili, a czasami grozili wyciągniętym pistoletem. Ta sytuacja przypomniała mi obrazek w Hagadzie Paschalnej, który pokazywał, jak egipscy nadzorcy niewolników używali biczów do popędzania hebrajskich niewolników.

Podobne skojarzenia musiał mieć ktoś inny, bo podczas biegu zaczął śpiewać pieśń paschalną „Byliśmy niewolnikami…”. Pod koniec pracy, moja skóra była pokryta pyłem cementowym i potem. Po zakończeniu tej pracy, ojciec i ja zostaliśmy przydzieleni do innej grupy, która miała za zadanie ciągnąć żelazne rury. Niemcy nie szczędzili wysiłków, aby szybko wznieść budynki fabryczne. Zmobilizowali całą siłę roboczą i maszyny, a na budowie pracowały dziesiątki betoniarek. Masa cementowa była wtłaczana przez połączone rury żelazne do wysokości form odlewniczych.

Czasami musieliśmy przenosić rury na nowe miejsce wylewu. Rury w tym celu demontowano. Musieliśmy je umyć i przenieść w odpowiednie miejsce. Moim partnerem w przenoszeniu rur był mój ojciec, a ponieważ był niższy ode mnie, na niego spadał większy ciężar. Kiedy tylko podczas noszenia rur zobaczyłem na łące soczystą, dziką roślinę, nie zawahałem się zdjąć rury i zjeść ją. Głód, który zmusza ludzi do ciągłego upokarzania się z powodu kawałka chleba, również powstrzymuje ich od myślenia o możliwych konsekwencjach ich działań. Głód i cierpienie zostawiły swój ślad. Szybko straciliśmy na wadze, a wkrótce staliśmy się niczym innym jak skórą i kośćmi. Ciągnąc za sobą rury na gołym ramieniu, otarłem skórę do krwi.

Pierwsze spotkanie z aniołem śmierci

Przydzielono mi nowe zadanie: Musiałem stanąć nad formą do wylewu filaru budynku o wysokości około dwóch pięter, a z pomocą koryta musiałem wpychać do drewnianej formy masę betonową, która wypływała z rury. Tutaj również SS-mani stali po obu stronach, nie spuszczając z nas ani na chwilę z oczu. Przesuwałem beton w takt pracy maszyny i już słaniałem się na nogach ze zmęczenia. Kiedy zatrzymałem się na chwilę, złapał mnie strażnik i nie zawahał się wepchnąć do formy z betonową masą. Tymczasem beton nadal płynął i opadałem coraz głębiej, aż masa dotarła do mojej klatki piersiowej. W ostatniej chwili mój ojciec zdołał mnie wyciągnąć z pomocą kilku towarzyszy. Nie tylko ja zostałem wrzucony w ten sposób do betonu. Nie wszystkim udało się ponownie wydostać.

Miałem problemy z komunikacją z Niemcami. Nie mogłem mówić po niemiecku, a jidysz nie zawsze mi pomagał. Pewnego razu poprosiłem Niemca o obcęgi, żeby wyciągnąć gwóźdź z deski. Wytłumaczyłem mu w jidysz, że chcę wyciągnąć „a Tschwok”. Niemiec nie rozumiał, czego chcę, dopóki nie dowiedziałem się, że „Tschwok” oznacza „paznokieć”. Strażnicy byli bardzo podejrzliwi, kiedy mówiliśmy w jidysz, bo od razu myśleli, że ich przeklinamy.

Aby uniemożliwić Niemcom zrozumienie tego, o czym mówiliśmy, w obozie powstał nowy język, który stał się substytutem jidysz. Później dowiedziałem się, że ten język był znany w prawie wszystkich obozach. Dla przykładu, słowo „Goj” (nie-Żyd) zostało zastąpione przez jidysz „Orel” (nieobrzezany). Gdy podchodzili strażnicy, dawaliśmy znak „sześć” (w jidysz „shesh”), by w ten sposób wszyscy zaprzestali rozmów. Nadaliśmy strażnikom pseudonimy, żebyśmy wiedzieli, kto znajduje się w pobliżu, na przykład: Amalek, Aschmedai, Haman, Rascha (łotr). Musiałem też nauczyć się specjalnych wyrażeń używanych przez Żydów pochodzących z Polski, tj. polskich słów w ich jidysz.

Kiedy maszerowaliśmy w trzech rzędach, człowiek za mną mówił: „kuze nicht!”. („Nie kurz.”) Słyszałem też nieznane wcześniej przekleństwa, takie jak „Oirenbeißer” („robal”), „Hirensi” („sukinsyn”) czy „Schiss a wint!” („spierdalaj”).

Większość z nas była w stanie całkowitego wyczerpania. Ci, którzy nie mogli znieść ciężkich warunków, zginęli na samym początku, w tym moi szkolni koledzy, którzy w domu byli przyzwyczajeni do dostatniego życia. Na szczęście, ja jadłem w domu jak rolnik. Dlatego byłem bardziej odporny, łatwiej mogłem znosić cierpienia i byłem bardziej zadowolony z chwastów i łupinek ziemniaków, które były dla mnie szczególnym przysmakiem. Na szczęście, po miesiącu zakończyliśmy nasze zadania w Fünfteichen i zostaliśmy przeniesieni do innego obozu w Görlitz.

Przypisy:

  1. Zob. Zob. Schlomo Graber, Schlajme : von Ungarn durch Auschwitz-Birkenau, Fünfteichen und Görlitz nach Israel ; jüdische Familiengeschichte 1859 – 2001, Konstanz: Hartung-Gorre, 2002. W tym miejscu dziękuję Martin-Opitz-Bibliothek w Herne za udostępnienie odpowiednich fragmentów wspomnień. ↩︎
  2. Ibidem, s. 7. ↩︎

 

O autorze

Krzysztof Ruchniewicz

Niemcoznawca, historyk, fotograf, bloger, fan nowoczesnych technologii, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego i szef Centrum Willy'ego Brandta U. Wr. we Wrocławiu.

Wstaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Krzysztof Ruchniewicz

Niemcoznawca, historyk, fotograf, bloger, fan nowoczesnych technologii, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego i szef Centrum Willy'ego Brandta U. Wr. we Wrocławiu.

Newsletter „blogihistoria”

Zamawiając bezpłatny newsletter, akceptuje Pan/Pani zasady opisane w Polityce prywatności. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest możliwe w każdej chwili.

Najnowsze publikacje

Więcej o mnie

Kontakt