Drugie życie obozu

D

AL Fünfteichen (obecnie Miłoszyce) na Dolnym Śląsku posiada złożoną historię. Uwaga badaczy oraz pasjonatów historii skoncentrowała się na losach wojennych tej największej filii KZ Gross Rosen. W związku z rocznicą wyzwolenia obozu przez Armię Czerwoną 23 stycznia 1945 r. grupa lokalnych miłośników historii (Lokalna Grupa Zwiadowców Historii) przygotowała instalację w dawnym miejscu obozu. W przestrzeni publicznej pojawiło się nowe miejsce pamięci, obok już istniejących pomników w Miłoszycach i Jelczu-Laskowicach stanowi ważną część dbania o pamięć. Natomiast nieznana jest historia powojenna byłego obozu pracy. Przez kilka lat był wykorzystywany przez ZSRR jako obóz jeniecki dla niemieckich żołnierzy. W trakcie kwerendy trafiłem na ciekawe wspomnienia jednego z nich, Petera Bannerta. Przetłumaczyłem odpowiedni fragment.

Obozy przejściowe

Koniec II wojny i przesunięcie granic Polski ze wschodu na zachód spowodowały migracje o ogromnych rozmiarach. W miejsce niedawnych niemieckich mieszkańców tereny na wschód od Odry i Nysy Łużyckiej zaczęli zasiedlać Polacy. Częśc z nich przeniosła się z Polski centralnej, część zaś stanowili przesiedleńcy z Kresów Wschodnich. Równolegle trwały inne przemieszczenia. Niemców wysiedlano za Odrę, ale także deportowano na wschód, do obozów jenieckich lub Gułagu. Często niedawne obozy koncentracyjne czy pracy służyły za obozy przejściowe, administrowane przez Armię Czerwoną lub NKWD. Niemieccy jeńcy wojenni, ale także cywile po zakończeniu wojny byli masowo wysyłani do pracy w ZSRR. Wiedza na ten temat jest coraz większa. Co roku na Górnym Śląsku obchodzona jest rocznica tzw. „tragedia górnośląskiej”, deportacja wielu tysięcy mężczyzn do kopalni na Ukrainie i innych miejscach ZSRR. W Radzionkowie w budynku stacji kolejowej, z której odprawiano transporty z zatrzymanymi, urządzono ciekawe muzeum poświęcone deportacjom.

Obój jeniecki w Fünfteichen / Miłoszycach

W ostatnich tygodniach zebrałem sporo materiałów na temat AL Fünfteichen. Nawiązałem kontakt z badaczami oraz świadkami wydarzeń. O ile dzieje tego obozu do stycznia 1945 roku są dobrze rozpoznane, okres między wyzwoleniem w styczniu a majem 1945 r. nie posiada praktycznie żadnej literatury. Nie jest jasne, co się działo na terenie obozu. Czy po zaopatrzeniu ocalałych chorych więźniów, obóz stał pusty? Czasem pojawia się informacja, że w latach 1945-48 istniał tu obóz jeniecki. Cezurę początkową potwierdza wiele relacji, końcowa stoi jednak pod znakiem zapytania. Nie udało mi się, jak dotąd, znaleźć wielu informacji, które odnosiłyby się do całej drugiej połowy lat 40. XX wieku. Być może informacje z niemieckich archiwów, do których skierowałem zapytania, rzucą nowe światło. W czasie kwerendy trafiłem jednak na ciekawe wspomnienia jednego z niemieckich żołnierzy, Petera Bannerta. Stanowią one ciekawe źródło do poznania pierwszym miesięcy po wojnie.

”Szkoła za drutami”

Biografia Petera Bannerta może być potraktowana jako typowa dla jego pokolenia. Urodził się w Bystrzycy Kłodzkiej w 1929 roku. W wieku 15 lat musiał przerwać naukę w szkole. Wznowił ją dopiero w 1949 roku. W 1944 roku zmobilizowano go do budowy umocnień obronnych przed zbliżającą się Armią Czerwoną, następnie wcielono go do „Kampfgruppe Hitlerjugend”, uczestniczącej w obronie Festung Breslau (Volkssturmbataillon 55). Brał czynny udział w walkach o stolicę Dolnego Śląska. Z tysiącami niemieckich żołnierzy po jej kapitulacji 6 maja 1945 roku został wzięty do niewoli. Od maja do września / października był przetrzymywany w obozie jenieckim w Fünfteichen / Miłoszycach. Następnie wywieziono go do ZSRR. Okres ten nazwał w swych wspomnieniach „szkołą za drutami”. Jako jeniec przebywał w ZSRR aż do 1949 roku. Po zwolnieniu i wyjeździe na zachód osiadł w Anklam w Meklemburgii-Pomorze Przednie (dawniej NRD). Postanowił uzupełnić utracony czas w szkole i zostać nauczycielem. Skończył naukę w trybie zaocznym. Został nauczycielem geografii i historii. Przez 24 lata kierował szkołą w Anklam.

Wspomnienia

Relacja z pobytu w obozie jenieckim w Fünfteichen / Miłoszycach jest stosunkowo obszerna. Nie należy się temu dziwić. Jak pisze autor we wstępie, obozy były jego szkołą życia. Jako młody człowiek najpiękniejsze lata spędził za drutami. Nie jest to jednak relacja stronnicza. Wprawdzie autor wspomnienia napisał po wielu latach, jednak zachował dystans. Jego relacja jest chłodna i rzeczowa, choć pamiętamy, że doświadczenia te zebrał młody bardzo człowiek. Dowiadujemy się z niej o wyglądzie obozu, jego funkcjonowaniu, stosunkach między jeńcami. Autor dzieli się trudnościami życie codziennego. Pisze o szoku, jaki wywołały w nim zdjęcia z KL Auschwitz-Birkenau.


Peter Bannert

W obozie Fünfteichen1

„Cnotą żołnierza jest cierpliwość”

Wreszcie trzeciego dnia naszego marszu dotarliśmy około południa do celu, dużego obozu niedaleko wioski Fünfteichen / Miłoszyce2. Biorąc pod uwagę bliskość Wrocławia, nie rozumieliśmy, dlaczego maszerowaliśmy aż trzy dni i noce3.

Po raz kolejny spełniło się powiedzenie „Cnotą żołnierza jest cierpliwość „. Godzinami siedzieliśmy na polu przed bramą obozu. W pobliżu stał opuszczony wagon z produktami żywnościowymi, wydawało się, że nikt nie zwraca na niego uwagi. Kilku kolegów i ja sprawdziliśmy go, chwyciliśmy cukier, owsiankę i mieloną kawę. Te trzy składniki wymieszaliśmy w garnkach. Powstało danie przypominające marcepan. Przypomniałem sobie, jak w pierwszych latach wojny przygotowywaliśmy w domu smaczny substytut marcepana, używając kaszy manny, cukru, mleka w proszku i kakao. Chociaż nasza miłoszycka mieszanka smakowała nie tak dobrze, to jednak na chwilę stłumiła głód. Byliśmy bardzo spragnieni, wodę czerpaliśmy z beczkowozu.

By zaspokoić potrzeby fizjologiczne, podchodziliśmy pod ogrodzenie z drutu kolczastego. Wieże strażnicze nie były jeszcze obsadzone, więc nikt nas nie widział. Użyłem banknotów jako papieru toaletowego – przy fałszywym założeniu, że reichsmarki przestały obowiązywać. Nie miałem innego papieru, a niedaleko od ogrodzenia leżało sporo banknotów. Z powodu obozowego zarządzenia żołnierze wyrzucili swoje pieniądze, więc dostałem spory zapas tego „papieru toaletowego”.

Awans na kaprala

W tym czasie Gebietsführer Hirsch ustawił na placu grupę bojową złożoną z Hitlerjugend (dalej HJ – Krzysztof Ruchniewicz). Powiedział kilka słów podziękowania i zapowiedział awanse. On sam awansował na porucznika, porucznik Lindenschmidt na podpułkownika. Ponieważ uznawanie stopni HJ miało przestać obowiązywać, przekształcono je w stopnie wojskowe. „Żebyście mogli wrócić do domu z przyzwoitą rangą!”

Jak większość z nas, zostałem kapralem w wieku 15 lat. Czasami żartobliwie nazywałem siebie najmłodszym kapralem Führera. Sam Hitler został kapralem dopiero po czterech latach I wojny światowej – a ja taką samą rangę miałem po zaledwie czterech miesiącach! Sierżant Stosiak przyznał mi Żelazny Krzyż II klasy. Z powodu braku właściwego krzyża podarował mi kawałek wstęgi od orderu (Ordensband), którą przymocowałem do dziurki od guzików.

Dowódcy kompanii wpisali awanse do książeczki z żołdem, ale zostały one nam odebrane kilka dni później – nigdy więcej ich nie zobaczyliśmy.

W końcu weszliśmy do obozu. Przy bramie przeszukano nasze torby, worki i ubrania w poszukiwaniu noży, zegarków lub innych cennych przedmiotów. Ci, którzy nie oddali ich wcześniej strażnikom ze strachu, zachowali je na razie. Mi w każdym razie niewiele można było zabrać – co najwyżej nóż z zestawu sztućców.

Pierwsze wrażenia z pobytu w obozie

Zajęliśmy baraki i zmęczeni padliśmy pokotem na pierwszej lepszej pryczy. Ja zająłem górną. Chłopcy, którzy byli razem od jakiegoś czasu, kładli się obok siebie. Więc tak wyglądał obóz koncentracyjny od wewnątrz: rzędy baraków, dookoła podwójny drut kolczasty, przestrzenie między barakami wygrabione, wieże strażnicze w regularnych odległościach. Izolatory na płotach sugerowały, że druty były pod napięciem, ale w tym czasie prąd prawdopodobnie nie przepływał. Nasz barak miał numer 15. Obok była kwatera oficerska. Na środku rozległego terenu obozu znajdowały się baraki kuchenne i magazyn. Jeden z baraków miał rzekomo służyć jako karcer. W środku znajdowały sie zawilgocone cele, które mierzyły tylko sześćdziesiąt na sześćdziesiąt centymetrów. Z przerażeniem i niedowierzaniem słuchaliśmy tych wiadomości.

W obozie brakowało ubikacji, więc musieliśmy stać w niekończących się kolejkach za każdą małą lub dużą potrzebą. Przestępując z nogi na nogę, ci, którzy stali z tyłu, poganiali, stojących z przodu. Później wykopano doły, przy których umieszczono belki do siedzenia. Te „latryny” wkrótce były pełne ekskrementów, a smród unosił się nad nimi. Kiedy wykop był pełny, zasypywano go i obok przygotowywano nowy.

W takich warunkach szybko wybuchła dyzenteria. Ja też miałem przez jakiś czas płynne i zakrwawione odchody, co powodowało, że prawie co pół godziny musiałem biegać do latryny. Ale pokonałem tę chorobę. Mówiono, że w obozie w Miłoszycach przebywało 15 tys. żołnierzy Festung Breslau, kilka tysięcy w obozie Hundsfeld4.

Życie codzienne

Na początku nasi oficerowie utrzymywali ścisłą dyscyplinę i porządek. Obowiązek pozdrowienia trwał nadal, a podpułkownik Lindenschmidt ganił każdego, kto nie stosował się do tego w sposób zadowalający. Stopniowo jednak hierarchia wojskowa przestała mieć znaczenie. Choć Rosjanie początkowo mianowali pułkownika na dowódcę niemieckiego obozu, wkrótce zastąpił go starszy kapral. Ta wiadomość uderzyła w nas jak bomba: starszy kapral jako dowódca obozu! Ale i tak nie mieliśmy z nim nic wspólnego.

Znacznie bardziej drażliwą kwestią był rozkaz obcięcia włosów wszystkim więźniom, aby uchronić ich przed wszami. Wszyscy Rosjanie, z wyjątkiem oficerów, też byli łysi. Mimo to byliśmy przygnębieni z powodu ogolenia głów. Z żalem obserwowałem, jak moje blond loki opadają na ziemię. Wszyscy wstydzili się swoich ostrzyżonych głów i pomimo słonecznej pogody większość nosiła czapki przez cały dzień. Na szczęście nie miałem lustra, w którym mógłbym ujrzeć swoje oszpecenie. Poza tym nie miałem czapki, a to nie było już dobre. Nie miałam innego wyboru, jak użyć chusteczki zawiązanej na wszystkich czterech końcach jako nakrycia głowy i ochrony przed słońcem. Niestety, chusteczka ciągle ześlizgiwała się z ogolonej skóry.

Ruth, córka naszego byłego dozorcy i moja dziewczyna, również została zatrzymana wraz z obsługą kuchni wojskowej. Pracowała w obozowej kuchni i pozwolono jej zachować ciemne, długie włosy. Wkrótce po ścięciu moich loków, weszła kiedyś do naszych baraków i zobaczyła mnie bez chusteczki na głowie. Krzyknęła krótko, ale natychmiast przełknęła uśmiech, bo nie chciała mnie obrazić. Ale byłem zakłopotany tym wszystkim i od tej pory brakowało mi chęci odnowienia dawnej przyjaźni.

Powoli przyzwyczaiłem się do życia obozowego, do marnego pożywienia, strażników na wieżyczkach. Rano dostawaliśmy do jedzenia skórkę chleba oraz cienką, gorzką kawę; w południe i wieczorem jedliśmy cienką zupę z rzadką wkładką. Rzuciłem w końcu palenie i zamieniłem moje ostatnie papierosy na chleb. Przynajmniej nie miałem problemów z powolnym zmniejszaniem się zapasów tytoniu i papierosów – w przeciwieństwie do wielu starszych towarzyszy, którzy byli za to mniej smutni z powodu ostrzyżonych głów.

Obozowe braki

Przecięcie papierosów na pół i chciwe ssanie najbardziej żałosnych końcówek nie pomagało: kończyły się ostatnie zapasy tytoniu. Teraz się szwendali i targowali. Kilka okruchów tytoniu, a nawet niedopalonych papierosów stały się bardzo popularne. „Mogę się sztachnąć?” stało się często słyszaną prośbą. Zagorzali palacze wymyślali substytuty. Suszono na słońcu fusy z kawy i wpychano je do fajek. Po śniadaniu niektórzy z nich wydrapywali resztki z pustego wiadra z kawą. Następnie czujnie pilnowali rozłożonych na gazetach fusów i z nadzieją czekali na proces ich uszlachetnienia. Inni specjalizują się w suszonych liściach lipy. Kilka drzew na terenie obozu wkrótce wyglądało, jakby przeszedł przez nie rój szarańczy.

Jednak większość chłopaków z mojego otoczenia nie była notorycznymi palaczami. W czasie wojennych miesięcy palili tylko po to, by się popisać. Teraz prawie wszyscy wymienili swoje zapasy papierosów na chleb. Co tydzień cena rosła, a wymieniany kawałek chleba stawał się coraz większy. Palacze oczywiście też potrzebowali chleba. Wielu z nich podkopało swe zdrowie, tak potrzebne w nadchodzących latach. Z dnia na dzień każdy z nich stawał się coraz bardziej samolubny.

Najtrudniejszą rzeczą do zniesienia w tym obozie była nasza wymuszona bezczynność. Nie mieliśmy nic do roboty poza spaniem, jedzeniem i chodzeniem do toalety. Po śniadaniu znów kładliśmy się na pryczy i spaliśmy do południa. To utrzymywało nasze uczucie głodu w granicach wytrzymałości. Po południu spacerowaliśmy, rozmawialiśmy i drzemaliśmy. Po wieczornej zupie regularnie odbywał się długi apel. Raz po raz rosyjscy oficerowie szli wzdłuż szeregów i liczyli po rosyjsku: „Pięć, dziesięć…” W końcu się poddawali, zazwyczaj nie udawało im się nas policzyć, mimo to puszczali nas do baraków. I znów spaliśmy. Przez chwilę nie było to takie złe, ale wkrótce brak aktywności stał się torturą i nie mogliśmy już spać. Dlatego też bardzo pożądane były te nieliczne zewnętrzne komanda, w których przydzielano nas do rąbania drzewa, przewożenia szamba czy transportu żywności. Na szczycie skali popularności znajdowało się obieranie ziemniaków w kuchni. Ale było nas 15000 mężczyzn, a więc rzadko wzywano kogoś z nas do takiej pracy.

”Szkoła za drutami”

Wkrótce sami więźniowie zaczęli organizować sobie różne zajęcia. Wszelkiego rodzaju kółka naukowe wyrosły jak grzyby po deszczu. Wśród tak wielu osób znalazło się wielu specjalistów z różnych dziedzin. Wkrótce obóz upodobnił się do uniwersytetu. Za każdym barakiem piętnastu do dwudziestu mężczyzn siedziało w półkolu i uczyło się rosyjskiego, angielskiego, czeskiego, czytało Biblię lub dyskutowało o pszczelarstwie. Powstały kursy dla stolarzy i innych rzemieślników, na których można było zdobyć pewnego rodzaju certyfikat czeladniczy. Utworzono koła ogrodników działkowych, „szkoła średnia” miała im pomóc w zdaniu egzaminów maturalnych. Studenci medycyny starali się wzajemnie wspierać w nadrabianiu zaległych semestrów.

Sowiecka administracja obozu dała nam wolną rękę – tylko przedmiot historia był zakazany. Brałem udział w lekcjach w „szkole średniej”. Radcy szkolni ze stopniami oficerskimi uczyli na zmianę najważniejszych przedmiotów. Nie było żadnych książek ani zeszytów, a lekcje odbywały się na zewnątrz. Pomimo zakazu, nie zabrakło również przedmiotu historia, chociaż „program nauczania” nie obejmował historii najnowszej Europy, a jednostki lekcyjne zostały zintegrowane z innymi przedmiotami. Poza tym uczęszczałem na kurs języka czeskiego, ponieważ obawiałem się, że moja śląska mała ojczyzna, ziemia kłodzka, może stać się czeska. Ale bez podręcznika niewiele z niego zapamiętałem, tym bardziej, że język z jego niezwykłymi sekwencjami dźwiękowymi sprawiał mi trudności. Pozostało jednak trochę podstawowej wiedzy, która później ułatwiła mi naukę języka rosyjskiego.

Porucznik Hirsch czasami zapraszał nas za baraki oficerskie. Raz nauczył nas pewnych rosyjskich zwrotów, innym razem czytał z „Zaratusztry” Nietzschego, „ulubionej Księgi Führera”. Potem znów śpiewał ludowe i pieśni HJ.

Na górze wieżyczki strażnik powoli zwijał papierosa. Jeśli był w dobrym nastroju, rzucał szczyptę machorki, którą zawijał w kawałek gazety „Prawda”. Te drobno posiekane łodygi tytoniu, które każdy Rosjanin nosił luzem w kieszeni munduru, były artystycznie owinięte w gazetę i zapalane hubką i krzesiwem. Palono je z rozkoszą, ale bez większego podziwu, ponieważ drapały w gardle i powodowały kaszel.

Podczas spaceru po obozie wiele można było zobaczyć. Tu ćwiczył chór, tam głoszono kazania – protestanckie, trochę dalej katolickie. W baraku nr 10 mieściła się sala konferencyjna. Tutaj NKFD, „Narodowy Komitet Wolnych Niemiec”, urządzał wykłady na temat sytuacji politycznej i niemieckiej winy za wojnę. Raz tam poszedłem. Zaskoczony, zobaczyłem dwa obrazy wiszące na ścianie, przedstawiające generała marszałka polowego Friedricha von Paulusa i generała pułkownika Waltera von Seydlitza. Żołnierz z czarno-biało-czerwoną opaską grał nieznane mi melodie na fortepianie, a niemiecki oficer z taką samą opaską wygłaszał przemówienie, w którym wychwalał Związek Radziecki i potępiał niemieckich „złoczyńców”.

Nie przemawiało to do mnie i niezadowolony opuściłem barak. Nietzsche, Chrystus, Stalin – miałem tego dosyć i byłem zmęczony tym wszystkim. Plotka, że walczyli z nami niemieccy żołnierze od Seydlitza, wydawała się prawdopodobna. Z moim sąsiadem, surowym katolikiem, debatowałem bez końca każdej nocy przed snem.

„Przegraliśmy wojnę tylko dlatego, że nie modliliśmy się wystarczająco dużo”, twierdził.

„Czy uważasz, że Rosjanie modlili się bardziej?” kontrowałem.

„Po prostu zabrakło nam czołgów, samolotów i benzyny!”

Następnie pokłóciliśmy się o piosenkę Hansa Baumanna, którą uwielbiałem śpiewać:

„Niemcy, święte słowo, pełne nieskończoności,

Przez wieki, bądźcie błogosławione.

Święte są twoje jeziora, święte twoje lasy”.

Wtedy katolik upomniał: „Święty i błogosławiony może być tylko Bóg i jego święci, ale nie takie ziemskie pojęcie jak Niemcy”.

Ale nie chciałem, by odebrano mi moją piosenkę i mój błogosławiony kraj. Kłóciliśmy się, aż sąsiad wykrzyknął „Cisza!”

Życie kulturalne

Występy chóru obozowego były malutkimi promieniami nadziei w naszej niewoli. Po raz pierwszy usłyszałem tak potężne męskie głosy. Pieśni chóralne takie jak „Niebiosa chwalą wieczną siłę” lub „Co na ziemi jest jak…” z opery „Wolny strzelec” brzmiały na wiele głosów. Soliści śpiewali różne arie dobrymi głosami. Widzowie stali w dużym półkolu i obficie bili brawo. Wkrótce powstała orkiestra, która co niedzielę pod batutą kapelmistrza sztabowego Gericka prezentowała obfity program znanych melodii operetkowych i hitów filmowych. Solista Helmut Wirth śpiewał arie i piosenki, a Rudi Müller, urodzony komik, prowadził program. Raz po raz rozśmieszał towarzyszy swoimi żartami i satyrycznymi wierszami. Było ku nim wiele okazji w obozie: czasami żartował z latryny, potem znowu z „miłoszyckich płyt” – to znaczy z naszych łysych głów. Na krótki czas zapominaliśmy o drutach kolczastych, myśleliśmy o domu, narzeczonej czy rodzicach. Radość i nadzieja wstępowały w nasze serca. Nad ostatnim tchnieniem smutku głos Paula Oehlenschlägera płynął daleko ponad granicami obozu: „Przyjaciele, życie warte jest życia!

Ci artyści amatorzy dokonali wielkich rzeczy; pomogli wielu z nas znośniej przetrwać trudny czas przed powrotem do domu. Z dala od domu przeżyliśmy wiosnę i lato 1945 roku, słońce było dla nas łaskawe. Przy pomocy okopconych odłamków szkła mogliśmy kiedyś nawet obserwować zaćmienie słońca.

Pewnego dnia poddano nas badaniom lekarskim. Nieco korpulentna rosyjska lekarka w mundurze oficerskim siedziała na zewnątrz przy stole, a my ustawiliśmy się przed nią w kolejce ze zdjętymi koszulami. Kiedy nadeszła moja kolej, zwróciłem uwagę dobrodusznie wyglądającej kobiecie w średnim wieku na moją wadę zastawki serca, którą nasz lekarz rodzinny zdiagnozował w czasie mojego szybkiego wzrostu. Moja mama na wszelki wypadek poinstruowała mnie zapobiegawczo. Rosjanka szczypała mnie tu i tam, osłuchała i w końcu przypisała mnie do kategorii trzeciej: byłem więc tylko częściowo zdolny do pracy. Pewnie myślała, że jestem zbyt młody i wątły. Sądziłem, że to przybliży mnie trochę do mojego powrotu do domu.

Zasadniczo pogłoski o naszym rychłym zwolnieniu nasiliły się; wojna w końcu się skończyła. Niektórzy twierdzili nawet, że widzieli w biurze dokumenty dotyczące zwolnień. Oczywiście, były też pogłoski, że jest inaczej, mówiono o naszym wywiezieniu na Syberię. Każda plotka błyskawicznie rozprzestrzeniała się po obozie. W kawiarni, w latrynie, wszędzie, gdzie więźniowie szeptali: „Słyszeliście?” Optymiści trzymali się dobrych wieści, inni nazywali je „gównianymi pogłoskami”.

Odbyło się drugie badanie lekarskie. Znowu stanęliśmy w niekończącej się kolejce, półnadzy. Tym razem zostaliśmy „zbadani” przez lekarza, który wydawał się być powściągliwy. Po krótkim „badaniu” przypisał mnie do kategorii drugiej i tym samym zakwalifikował jako zdolnego do pracy. Jego poprzedniczka najwyraźniej zlitowała się nad wieloma z nas, dlatego jej wyniki teraz anulowano. Większość z nas wyglądała na zdrowych i silnych, bo we Wrocławiu byliśmy dobrze karmieni, a te kilka tygodni w Miłoszycach, które w porównaniu z tym, co nas czekało, wyglądało prawie jak wakacje, nie wyrządziły większych szkód naszemu organizmowi, mimo ciągłego głodu.

„Wroga propaganda, to wszystko kłamstwa!”

Pewnego ranka zniknęło sześciu więźniów. Przez kilka tygodni kopali tunel pod drutem kolczastym przy pomocy pustych puszek od konserw i ostrożnie przykrywali jego wejście wszelkimi rodzajami krzewów. Teraz nagle przepadli bez śladu. Kilka dni później czterech uciekinierów pojawiło się ponownie – pozostała dwójka chyba sobie poradziła. Było oczywiste, że zostali pobici. Od tej pory musieli odbywać prace karne. Od tego momentu dwa razy dziennie odbywały się apele w celu policzenia przetrzymywanych, które trwały nawet dłużej niż poprzednio.

W czerwcu do obozu przybyli niemieccy jeńcy wojenni ze wschodu, wychudzeni mężczyźni w poszarpanych kurtkach i spodniach, którzy spędzili kilka lat w Związku Radzieckim, a teraz mieli zostać zwolnieni. Zakwaterowano ich w baraku na skraju obozu. Stosunki między nowo przybyłymi a nami, jeńcami z Wrocławia, nie były szczególnie dobre. Wyzywaliśmy się nawzajem: „Przez was, przegraliśmy wojnę, bo się poddaliście!” – „Wy ciągnęliście tą wojnę!”.

Pewnego dnia grupa jeńców zgromadziła się wokół wywieszonych w obozie plakatów i zdjęć. Zebrani dyskutowali w chaotyczny i zdezorientowany sposób. „Wroga propaganda, to wszystko kłamstwa!” Usłyszałem. Podszedłem, przeczytałem i zobaczyłem na zdjęciach straszne rzeczy: komory gazowe, piece w Auschwitz, stosy zwłok, stosy butów zamordowanych ludzi, klosze z ludzkiej skóry… Zadrżałem i poczułem się źle na widok tych zdjęć. Myślałem o kolumnach Żydów w Leitmeritz (Litomierzyce) strzeżonych przez oddziały SS, o wychudzonych postaciach i trupach, które ludzie ci nieśli ze sobą. Czy takie straszne masowe mordy były możliwe w Auschwitz i innych obozach? Czy to była rosyjska propaganda? Czy Niemcy byli zdolni do takich zbrodni? Zdenerwowany, przemknąłem do mojego baraku. Biada nam, jeśli to była prawda!

Wkrótce okazało się, że obóz nie był już tylko zajmowany przez Niemców. Wielu jeńców wojennych przypinało teraz do czapek wszelkiego rodzaju wstążki: Alzatczycy, którzy ponownie stali się Francuzami, nosili niebiesko-biało-czerwone, Górnoślązacy, którzy chcieli stać się teraz Polakami, czerwono-białe. Czechów można było rozpoznać po niebiesko-biało-czerwonych wstążkach, Bawarczyków – po biało-niebieskich. Niektórzy towarzysze widzieli siebie jako „resztki Prusaków”, wyzywająco przyczepiali czarno-białe wstążki do swoich czapek.

Wyjazd na wschód

Minął sierpień. Przygotowano i odprawiono transporty więźniów. Niektóre baraki stały puste. Jednak jeden z budynków na skraju obozu otoczono dodatkowym drutem kolczastym. Umieszczono tam więźniów Rosjan. Zabroniono nam kontaktować się z nimi. Wychudzone postacie owinięte w szmaty, z apatycznymi twarzami i ostrzyżonymi głowami. Byli to żołnierze Armii Czerwonej, którzy zostali pojmani jako jeńcy wojenni lub byli robotnikami przymusowymi w Niemczech. Teraz uważano ich za „zdrajców” lub „tchórzy”, a czekał ich jeszcze gorszy los niż nasz.

Pewnego ranka towarzysze z mojego baraku wyruszyli w podróż – ku nieznanemu celowi. Objuczeni kilkoma rzeczami osobistymi pomaszerowaliśmy przez bramę obozową i doszliśmy do stacji załadunkowej. Wagony towarowe stały już przygotowane. Rosyjscy strażnicy wcisnęli do poszczególnych wagonów tak wielu więźniów, że każdy z nas znalazł tylko nieco miejsca na deskach podłogi, podczas snu mogliśmy się obrócić na drugi bok tylko równocześnie. Drzwi wagonu zatrzasnęły się, ale minęło kilka kolejne godzin, zanim pociąg ruszył.

Dokąd jedziemy? Optymiści nadal wierzyli w powrót do domu. Ale wkrótce najgorsze obawy ziściły się. Koledzy stojący przy małym zakratowanym okienku meldowali nazwy stacji: Opole, Katowice.

Jedziemy więc na wschód. Czy zabrano nas do Polski do pracy? Zostaniemy potem wypuszczeni do domu? Nadzieje prysły, gdy pociąg ruszył. Co jakiś czas zatrzymywał się, otwierano drzwi, czasem dawano suchy chleb i wodę. Wiadro przekazywano z rąk do rąk. Towarzysze siedzący przy wejściu starali się sprawiedliwie dzielić kawałki chleba o różnej wielkości. Nie wolno nam było opuszczać wagonów. Obok drzwi znajdowała się metalowa rynna na nasze potrzeby fizjologiczne, którą wbito w otwór w podłodze drewnianej deski. Miałem szczęście, że byłem kilka metrów od tej „toalety”. Towarzysze, którzy leżeli obok, byli w gorszej sytuacji. Czasami uderzał w nich strumień moczu, a na dodatek musieli znosić ten smród. Zawsze byłem szczególnie wrażliwy na takie rzeczy. Tak długo, jak mogłem, unikałem korzystania z „toalety”. Ponieważ byliśmy źle karmieni, można to było przetrzymać.

Spędziłem sześć dni i nocy w moim ściśle wyznaczonym miejscu. Raz po raz towarzysze potykali się o mnie, próbując znaleźć drogę do metalowej rynny i w mrocznym świetle wrócić z powrotem na swoje miejsce.

Peter Bannert, Meine Jugend in Sowjetlagern 1945-1949, hrsg. von Jürgen Kleindienst, Berlin: Zeitgut Verlag, 2006, s. 98-108.

Przypisy:

  1. Dziękuję wydawnictwu Zeitgut Verlag z Berlina za zgodę na przetłumaczenie niniejszego fragmentu wspomnień. Śródtytuły pochodzą ode mnie. Zainteresowanych przedrukiem proszę o kontakt. ↩︎
  2. Obecnie Miłoszyce koło Wrocławia. ↩︎
  3. Bliżej o powodach tej zwłoki wspominał inny internowany, Hans-Jürgen Migenda (1926-2013): „Z Kleciny marsz propagandowy (sic!) trwał trzy dni przez Oławę i obóz Służby Pracy Rzeszy w Jelczu do Miłoszyc. W czasie wojny istniał tam obóz pracy, którego więźniowie pracowali w „Bertha-Werke” Kruppa w Laskowicach Oławskich. Wprowadziliśmy się do tego obozu. Miłoszyce znajdują się zaledwie kilka kilometrów od Wrocławia i można było tam dojść w ciągu jednego dnia. Ale Iwan chciał zorganizować z nami pokaz pod hasłem „Pokonani naziści”. Do obozu na Psim Polu przybyły inne oddziały z Wrocławia, w tym wyżsi oficerowie”.↩︎
  4. Dzielnica Wrocławia Psie Pole. ↩︎

 

O autorze

Krzysztof Ruchniewicz

Niemcoznawca, historyk, fotograf, bloger, fan nowoczesnych technologii, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego i szef Centrum Willy'ego Brandta U. Wr. we Wrocławiu.

Wstaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Krzysztof Ruchniewicz

Niemcoznawca, historyk, fotograf, bloger, fan nowoczesnych technologii, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego i szef Centrum Willy'ego Brandta U. Wr. we Wrocławiu.

Newsletter „blogihistoria”

Zamawiając bezpłatny newsletter, akceptuje Pan/Pani zasady opisane w Polityce prywatności. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest możliwe w każdej chwili.

Najnowsze publikacje

Więcej o mnie

Kontakt