Szkolne wspomnienia

S

Być może jest to przejaw starzenia się. Po raz drugi w ostatnich miesiącach zapoproszono mnie do rozmowy jako świadka wydarzeń. Za pierwszym razem chodziło o rok 1989 i pierwsze lata pracy Fundacji „Krzyżowa” dla Porozumienia Europejskiego. Dzisiaj wziąłem udział w spotkaniu z okazji 65. lecia mojej szkoły średniej, X LO we Wrocławiu. Uczestniczyli w nim przedstawicieli różnych generacji absolwentów, w dyskusji wzięli udział także dzisiejsi uczniowie. Broniąc się przed nostalgicznym nastrojem, siłą rzeczy związanym z takimi okazjami, pozwoliłem sobie na malutką prowokację.

Wspomnienia, wspomnienia…

O pamięci ludzkiej napisano już tyle różnych dzieł. Nie ma sensu w tym miejscu robić jakiegoś przeglądu. Jedną z charakterystycznych cech tej niesamowitej właściwości człowieka, jaką jest pamięć, bywa to, że jedne rzeczy chcemy pamiętać, inne tylko częściowo, a jeszcze inne wypieramy całkowicie poza horyzont naszej świadomości. Jak problematyczne jest to źródło, wie każdy, nawet początkujący student historii. Jednak w sytuacjach braku innych materiałów, relacja stanowi nieraz jedyny ślad po faktach i stanach, wypełnia z powodzeniem białe plamy.

Jak krotochwilna jest czasami pamięć, mogłem się przekonać podczas dzisiejszej dyskusji o historii mojego dawnego liceum, X LO we Wrocławiu. Do dyskusji zaproszono przedstawicieli różnych generacji absolwentów, nie zabrakło też dzisiejszych uczniów szkoły. Dyskusję sprawnie prowadziło dwóch moderatorów. Pytano o dobre i złe wspomnienia, o nauczycieli i uczniów, warunki uczenia się i czas wolny. Zakres pytań był szeroki, pozwalał każdemu się swobodnie wypowiedzieć.

X LO

Do LO nr X uczęszczałem w latach 1982-86. Wybór nie był przypadkowy. Interesowałem się Niemcami. Chciałem pogłębić znajomość niemieckiego (w szkole podstawowej pobierałem pierwsze lekcje). Liceum miało klasę z poszerzonym niemieckim. Początki nie należały jednak do łatwych. Wychowawczynią została młoda nauczycielka języka niemieckiego, Danuta Lipińska. Narzuciła nam reżym, który dla mnie osobiście był początkowo trudny do zniesienia. Kartkówki ze słówek na różne tematy wkrótce śniły mi się po nocach.

Przypomnę niektórym czytelnikom bloga, że nauka języka obcego w stanie wojennym (zamknięcie granic, także z sąsiadami, w moim przypadku NRD) była czystą sztuką dla sztuki. Brak wyjazdów, brak bezpośrednich kontaktów z muttersprachlerami, brak nowoczesnych pomocy do nauki języka (były tylko enerdowskie). Dostęp do współczesnej literatury niemieckiej był także mocno ograniczony. Nauczycielka jednak z wielką konsekwencją przekonywała nas do tego dość biernego uczenia się języka z założeniem, dość mglistym, że będziemy mogli wykorzystać go kiedyś aktywnie.

W połowie pierwszej klasy D. Lipińska odbyła poważną rozmowę z moją mamą. Liczba dwój w dzienniku była już bowiem poważna. Nauczycielka postawiła ultimatum, albo wezmę się porządnie za naukę niemieckiego, albo powinienem zmienić klasę na taką z profilem ogólnym.

Mała prowokacja

W trakcie dzisiejszej dyskusji zastanawiałem się, co szczególnie mocno zapamiętałem z tamtego okresu, czym mogę się podzielić. Moją wypowiedź skonstruowałem dość przewrotnie, by sprowokować do reakcji i nieco przełamać nostalgiczno-idealizujący nastrój. Powiedziałem więc, że okres liceum wspominam właściwie źle. Nie należałem do wybijających się uczniów, świadectwo z paskiem nie było nigdy moją ambicją. Oceny z różnych przedmiotów daleko odbiegały od oczekiwań rodziców. Poza tym czasy były szare. W tramwajach czuć jeszcze było gaz po demonstracjach, życie po szkole właściwie nie istniało (długa droga dojazdu do domu na południu Wrocławia). Miasto było brudne, wystawy sklepów puste. Tylko od czasu do czasu przebijało się jakieś wydarzenie jak światło w ciemnym tunelu. Kto pamięta „Wielką majówkę” z Maanamem? Albo „Najpiękniejsza w klasie bez dwóch zdań…”. Liceum to były także pierwsze sentymentalne zauroczenia, pierwsze rozczarowania…

Z dzisiejszej perspektywy czasu te dość smutne wspomnienia można zrelatywizować. Liceum uczyło solidnie, choć o kolorowych podręcznikach, mnóstwie materiałów pomocniczych, nawet nie marzyliśmy. Tradycyjne metody nauczania sprawdziły się.

Już na studiach historycznych przekonałem się, że wkuwanie tych setek słówek przyniosło właściwe efekty, a podjęte na lekcjach tematy, np. z historii, można było na uczelni dodatkowo pogłębić. Liceum dało mi zatem podstawy, które później z powodzeniem mogłem rozszerzyć. Więc może ten czas nie był taki zły? Może z perspektywy dorosłego modyfikuję własne wspomnienia? Czy jednak pamięć nie płata mi kolejnego figla? Tak czy inaczej, przeżyłem dziś ważne i miłe chwile. Ad multos annos „Dziesiątko”!

O autorze

Krzysztof Ruchniewicz

Niemcoznawca, historyk, fotograf, bloger, fan nowoczesnych technologii, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego i szef Centrum Willy'ego Brandta U. Wr. we Wrocławiu.

komentarze

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  • Właściwie nieładnie wyrywać słowa z kontekstu, ale
    1) nie robię tego w celu polemicznym
    2) w gruncie rzeczy nie wyrywam.
    Patrząc wstecz we własne szkolne czasy, autor bloga wspominał: „Liceum uczyło solidnie, choć o kolorowych podręcznikach, mnóstwie materiałów pomocniczych, nawet nie marzyliśmy. Tradycyjne metody nauczania sprawdziły się.”
    Ano właśnie. Jesteśmy świeżo po wielkiej awanturze o „deformę” szkolną, której sens sprowadzał się do próby przywrócenia tego, co zawierały tradycyjne, przeładowane programy. Że podobno nie mialo to sensu. Że młodzież to odrzuci. Z perspektywy doświadczeń, jakie zdobyłem jako nauczyciel akademicki powiedzieć mogę, że żałuję, że nie mamy już takich studentów. No i mieć nie będziemy, gdy po kolejnym zakręcie kolejna reforma programy odchudzi…

  • Drogi Krzysztofie, dziękuję Ci szczerze za tę chwilę refleksji i garść wspomnień z Twoich licealnych czasów. A że wśród nich są także te związane bezpośrednio ze mną, to czuję się poniekąd „wywołana do tablicy” i spróbuję się do nich odnieść. Najpierw jednak chcę Ci całkowicie przyznać rację, gdy twierdzisz, że wspomnienia są relatywne i brak im obiektywizmu. Najlepiej przecież pamiętamy to, co było dla nas albo miłe, albo bardzo złe. To niezaprzeczalny fakt. Na potwierdzenie tej tezy powiem, że kompletnie nie pamiętam tego, że wezwałam do szkoły Twoich rodziców.

    Gdy zostałeś uczniem LO nr X, był to dopiero drugi rok mojej pracy w tej szkole. Po studiach na Uniwersytecie Wrocławskim wróciłam jako absolwentka tejże szkoły i zostałam nauczycielem j. niemieckiego. Dlaczego wybrałam LO nr X? Wyjaśnienie jest bardzo proste – dla mnie była to szkoła, w której czułam się bardzo dobrze, szkoła, która prócz solidnej bazy wiedzy podstawowej stworzyła mi szerokie możliwości korzystania z bardzo interesującej oferty kulturalnej ówczesnego Wrocławia (liczne wyjścia na spektakle do teatrów, kin i do filharmonii). Faktem jest też, że przeskok ze szkoły średniej do stylu pracy, jaki wówczas obowiązywał na UWr., był dla mnie niczym przepaść. Do dziś pamiętam mój ogrom pracy i wysiłek, by sprostać wymaganiom bardzo konsekwentnych, a nierzadko i surowych nauczycieli akademickich. Ale też wiem, że to właśnie dzięki temu udało mi się pomyślnie ukończyć studia.

    Dlatego o tym piszę? Bo właśnie na studiując zrozumiałam, że pewien poziom wiedzy i umiejętności można osiągnąć tylko wtedy, gdy uczniom, studentom stawia się wysoko poprzeczkę, gdy się od nich „wymaga”. Bogatsza o takie doświadczenia rozpoczęłam pełna, być może naiwnego, ale jednak entuzjazmu pracę w liceum. Już po pierwszym roku dyrektor zaproponował mi prowadzenie nowatorskiej (pierwszej w historii szkoły) klasy z rozszerzonym programem nauczania j. niemieckiego. Pełna obaw i rozterek, gdyż nie było wtedy prócz podstawowego podręcznika dodatkowych materiałów edukacyjnych i poradników metodycznych dla nauczycieli, podjęłam się tego zadania, które było dla mnie także wyzwaniem.

    Nie wiedziałam, czy dam radę, czy podołam. Uczyłam się razem z Wami, Wy – języka, a ja – skutecznych sposobów nauczania. Często powielałam ówczesne metody moich nauczycieli akademickich. Sięgałam, podobnie jak Wy, do kolorowych czasopism niemieckich, gdzie wyszukiwałam materiałów do ćwiczeń z rozumienia ze słuchu. Niektóre dodatkowe ćwiczenia leksykalne i gramatyczne pobierałam ze swoich skryptów studenckich. Dziś już wiem, jak powinno się nauczać efektywnie, ale wymagało to czasu, wysiłku, wielu doświadczeń. Moją ambicją – może przesadną(?) – była wola i chęć „wyposażenia” Was w podstawową wiedzę, potrzebną do pozytywnego zaliczenia egzaminu maturalnego z j. niemieckiego. Zdana matura była i jest do dziś przepustką na studia.

    Być może byłam zbyt wymagająca, a moje ówczesne metody nauczania zbyt tradycyjne i dla ucznia męczące, trudne do zaakceptowania. Także dziś uczniowie nie lubią „wkuwać słówek”, ale naprawdę nie da się tego całkiem obejść, wynika to ze specyfiki przedmiotu, jakim jest język obcy. Obecnie nauczyciel ma cały arsenał tzw. nowoczesnych aktywnych metod nauczania i tylko od niego zależy, czy je sensownie wykorzysta dla uatrakcyjnienia zajęć i dobra ucznia.
    Jedno do dziś nie zmieniło się w szkole!

    Tak było dawniej i obowiązuje teraz. Pierwszym miernikiem i oceną pracy nauczyciela są wyniki maturalne jego uczniów. Taką nagrodą dla mnie była, Krzysztofie, Twoja piątka na maturze z j. niemieckiego. Znajomość tego języka odegrała i nadal odgrywa ważną rolę w Twojej pracy naukowej. Swoje znakomite umiejętności językowe zawdzięczasz, rzecz niepodważalna, swojej późniejszej indywidualnej pracy nad językiem. Ale nie będę ukrywać, że cieszy mnie to, że być może i ja, choć w małym stopniu, przyczyniłam się do tego.

    Wybacz, ale naprawdę muszę, bo czuję taką wewnętrzną potrzebę, jeszcze na koniec powiedzieć, że jestem z Ciebie bardzo dumna. Twoje osiągnięcia naukowe budzą we mnie największy podziw i szacunek. I nie zmieni tego fakt, że Twoje wspomnienia lekcji niemieckiego dotyczą przede wszystkim strachu i nieprzespanych z tego powodu nocy, choć jest mi niewątpliwie trochę przykro.

    • A czy nie jest tak, że pamięta się przede wszystkim tych nauczycieli, którym się najwięcej zawdzięcza? Nawet jeśli ostro dawali nam w szkolnych latach w kość? Jak napisałem, pamięć jest ułomna i często płata nam figla. Z perspektywy czasu, wydarzenia, choćby nawet najważniejsze, odchodzą w strefę szarości i nieostrości. Pozostają żywe jedynie te, które znacząco zaważyły na naszej dalszej drodze. Możemy się sprzeczać o zastosowane metody, dobór środków. Ale czy istniały wtedy inne możliwości? Nawet słuchanie niemieckiego radia  (o telewizji nie wspomnę) nie było możliwe lub znacznie utrudnione.

      Nie ukrywam, że dla mnie dużą satysfakcją było to, że nauczyciel niemieckiego z lektoratu na studiach po pierwszych zajęciach zaproponował mi indywidualny tok, a wkrótce przystąpienie do egzaminu bez konieczności chodzenia na regularne zajęcia. Okazało się, że moja znajomość języka niemieckiego (podobnie jak koleżanki z tej samej klasy, która również wybrała się na historię) znacznie przewyższała średnią grupy i istniała obawa, słuszna😀, że będziemy się po prostu nudzić, a może i „uwsteczniać”.

      Czy wkuwanie słówek, którego w szkolnej ławie nie lubiłem, przyniosło efekty? Moim zdaniem jak najbardziej. Byłem bardzo zdziwiony, gdy dowiedziałem się, że obecnie metoda ta w praktyce szkolnej nie jest już tak powszechnie stosowana w nauce języka obcego. Owszem, są nowe sposoby i możliwości, ale pracy z pamięcią nie da się pominąć. Zatem zakułem, zdałem, ale… nie zapomniałem.

Krzysztof Ruchniewicz

Niemcoznawca, historyk, fotograf, bloger, fan nowoczesnych technologii, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego i szef Centrum Willy'ego Brandta U. Wr. we Wrocławiu.

Newsletter „blogihistoria”

Zamawiając bezpłatny newsletter, akceptuje Pan/Pani zasady opisane w Polityce prywatności. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest możliwe w każdej chwili.

Najnowsze publikacje

Więcej o mnie

Kontakt