Przyszłość zdalnego nauczania

P

Każdego niemal dnia jesteśmy informowani o znoszeniu obostrzeń związanych z pandemią. W tym tygodniu ruszyły kina i kluby fitnes. Wkrótce otwarte zostaną granice (miejmy nadzieje…). Uczelnie mają pozostać jednak zamknięte do końca września. Być może jest to związane z ich charakterem, nie są tak ważne z punktu widzenia sytuacji gospodarki. Do końca semestru letniego zajęcia będą się dalej odbywać w sposób zdalny, podobnie jak posiedzenia takich czy innych gremiów oraz większość egzaminów. Ponieważ nie jest znana data wprowadzenia do obiegu szczepionki, można założyć, że problem epidemii nie zakończy się wraz z rokiem akademickim, może się ponownie pojawić w drugiej połowie roku. Jakie wnioski wypływają dla uczelni z ostatnich trzech miesięcy, właściwie całego semestru letniego? Co dało kształcenie zdalne? Jakie są problemy z tym związane? Przed jakimi wyzwaniami staniemy w przyszłości?

Zdalne kształcenie

Polskie uczelnie nie były przygotowane do zdalnego kształcenia (problem dotyczy także – choć może nie w takim samym stopniu – również uczelni zagranicznych). Wprawdzie każda z nich posiada dział zajmujący się informatyzacją, jednak nadal odczuwalny jest brak szerszej refleksji o specyfice, możliwościach stosowania, aż w końcu technice zdalnego kształcenia.

Epidemia coronovirusa i zamknięcie uczelni postawiło je z dnia na dzień przed nową sytuacją. Semestr letni został w swym tradycyjnym biegu przerwany, uczelnie zamknięto łącznie z bibliotekami i salami laboratoryjnymi.

Po raz pierwszy w historii, by nie stracić całkowicie semestru, dydaktyka została przeniesiona do internetu. Podążyła tam, gdzie funkcjonuje już wiele sfer naszego życia. Pierwsze tygodnie pokazały, że nie było to wcale oczywiste, tym bardziej skazane na sukces. Mimo iż uczelnie dysponują pakietami programów ogólnie dostępnych dla pracowników, nie były one dotąd w pełni wykorzystane (MSOffice365, Google i inne).

Nie opracowano wcześniej wystarczającej liczby krótkich wprowadzających kursów, które pozwoliłyby możliwie szybko poznać najważniejsze funkcje (proponowane wielogodzinne kursy mijały się z celem, nie chodziło o dokładne poznanie narzędzia, lecz jego praktyczne zastosowanie, a ponadto zajęcia należało podjąć niejako z marszu).

Kształcenie stacjonarne vs kształcenie zdalne

Wszystkie sylabusy, które stanowią na uczelniach podstawę kształcenia, były opracowywane z myślą o zajęciach stacjonarnych. Nie będę się rozpisywać o zaletach tej formy zajęć, jest ona dobrze znana. Nie chcę w tym miejscu też przekonywać, że jest to jedyna forma. Nie przeczę, że bezpośredni kontakt ze studentem jest wartością samą w sobie, jednak epidemia pokazała, że w tym przypadku należy wykazać dużą elastyczność.

Pierwsze tygodnie stały pod znakiem – wobec braku wcześniejszej refleksji nad charakterem zajęć zdalnych – przeniesienia metod i technik znanych z realizacji zająć stacjonarnych w przestrzeń wirtualną. Zaczęto wysyłać maile z wykładami, zlecać studentom prace pisemne. Szybko przyszło jednak otrzeźwienie.

Brak dostępu studentów nauk humanistycznych / społecznych do bibliotek (dostęp do obowiązującej literatury w wersji elektronicznej jest nadal ograniczony) uniemożliwił często przygotowanie się do zajęć, odpowiednią ich recepcję, a prace pisemne wręcz uniemożliwił.

Część koleżanek / kolegów zaczęła korzystać z programów do wideokonferencji. Jednak za tym nie szła także żadna głębsza refleksja. 90-minutowego wykładu nie jest w stanie wysłuchać przy możliwie wysokiej koncentracji żaden chyba student, do tego dochodziły często problemy techniczne z dostępem do internetu.

Brak dyskusji

Innym problemem w tym czasie był brak dyskusji o metodach kształcenia na odległość, które uwzględniałyby specyfikę każdej z dyscyplin. Często kontakt z odpowiednim dyrektorem ds. dydaktyki polegał na kolejnych wezwaniach do uszczegółowienia takich czy innych formularzy sprawozdawczych. Brak było jednak ze strony władz inicjatywy, czy choćby chęci moderowania taką dyskusją. Jest to problem generalny.

Brak debaty może okazać się powodem przyszłych porażek. Nie dyskutuje się o sylabusach i ich odpowiedniej modyfikacji i / lub napisaniu ich na nowo ani o skutkach/efektach prowadzenia zajęć zdalnych z punktu widzenia wykładowców, a zwłaszcza studentów. W przypadku szkolnej dydaktyki dysponujemy już pierwszymi opracowaniami (jedno z nich omówiłem w jednym z wcześniejszych wpisów).

Nauczanie zdalne różni sie radykalnie od stacjonarnego. Wymusza na nas większe przygotowanie, obejmujące także sprawy techniczne. Musimy ponadto stworzyć nowe formaty, które będą dostosowane do nowych form kształcenia. Czy bazowanie tylko na jednym programie jest wystarczające?

Odpowiedź należy udzielić w zależności od charakteru prowadzonych zajęć. Mogą się one zmieniać. Czy uczelnia powinna je udostępniać? Niestety, nie każda uczelnia zamieszcza wykaz programów, z pomocą których możemy prowadzić zajęcia, nie opatruje ich opinią i zaleceniami co do przydatności w konkretnym formacie dydaktyki. To znaczące ograniczenie. Każdy staje się własnym sterem i okrętem, na miarę swoich umiejętności serfowania w sieci.

Wykupywanie abonamentów, nawet jeśli niektóre firmy dostarczające programy rezygnują z opłat w czasie epidemii, jest koniecznością, przyczynia się do większej stabilizacji aktywności edukacyjnej. Ale czy powinno być to pokrywane z pieniędzy wykładowców?

Aktywne formy

Niezależnie od charakteru zajęć (wykład, ćwiczenia, konwersatorium, warsztat) generalną zasadą powinna być maksymalna aktywizacja studentów. Często studenci mają wyłączone kamery (względy osobiste, problemy z internetem), rzadko korzystają z funkcji czatu czy innych form bezpośredniej komunikacji. Zajęcia trwają zbyt długo (1,5 godziny), by prowadzący mógł panować nad grupą, z którą kontakt polega na obserwacji ikon inicjałami ich uczestników.

Być może zajęcia powinny składać się z modułów tematycznych, np. po 30 minut, w których pracuje się w mniejszych zespołach i referuje wyniki reszcie grupy. Można wprowadzić hybrydowe formy kształcenia. Synchroniczne połączyć z asynchronicznymi.

Przykładem może być stworzenie grup w programie zoom i przekazanie konkretnych zadań do wykonania w określonym czasie. Wyniki pracy grupy mogą być zapisywane na tzw. białej tablicy. Dodatkowo wiedzę studentów można sprawdzać za pomocą formularza ankietowego w MSForms, co zachęci część słuchaczy do poważnego traktowania zaleconych lektur.

To tylko wybrane przykłady, które pojawiły się w trakcie mojej praktyki zdalnego nauczania (nie miałem wielkiego pola zdobywania doświadczeń z racji małej liczby godzin do przeprowadzenia w tym semestrze).

Video vs podcast

Nagrywanie 1,5 godzinnego wykładu mija się, moim zdaniem, z celem. Ciekaw jestem, ile osób sięga po takie wykłady? Ile z nich korzysta w pełni? Abstrahuję od tego, że każdy taki materiał powinien być wyedytowany w odpowiednim programie, by jakość nagrania była jak najwyższa. Nie każdy potrafi to robić, nie każdy dysponuję specjalistycznymi programami do edycji.

Poza tym pliki video są „ciężkie” i wymagają odpowiedniego miejsca na dysku twardym lub w chmurze, obciążają niewydolne często sieci.

Zaskakujące jest to, że forma podcastu, czyli format audio, nie został jeszcze odkryty przez uniwersytety. Zaletą tej formy jest to, że nie wymaga specjalistycznego i drogiego sprzętu, wystarczy dobrej jakości mikrofon, programy do edycji są dostępne także w wersji darmowej (w zupełności wystarczy do prostych działań).

Innymi kanałami można studentom udostępnić potrzebne ilustracje, fragmenty źródeł, statystyki itp. Idealne byłoby łączenie tych technik, zachęcanie samych studentów do ich używania.

Zmiana podejścia do zajęć i ich rozliczania

Zmiana sylabusów pod kątem kształcenia zdalnego, przygotowanie się do prowadzenia zajęć (często nauczenie się nowych technik i metod, co pochłania mnóstwo czasu) wymaga dodatkowego zaangażowania. Jest jednak o co kruszyć kopie. Wrocław pod tym względem nie jest wyjątkiem. Już teraz o studenta na naszym rynku biją się uczelnie zagraniczne, które proponują lepsze rozwiązania kształcenia zdalnego.

W związku z tym obciążenia dydaktyczne muszą być ponownie przemyślane. By prowadzić kształcenie na najwyższym i konkurencyjnym poziomie, konieczna jest pomoc uczelni, wsparcie, także w postaci – przynajmniej na początku – korzystniejszego rozliczania w pensum takich zdalnych godzin.

Stosowanie kształcenia zdalnego nie powinno być traktowane jako kolejne obciążenie, lecz szansa dalszego rozwoju. Nawet jeśli nie ziszczą się czarne scenariusze, ważną rzeczą będzie przygotowanie przyszłych nauczycieli do tej formy kształcenia. Nie wiadomo bowiem, ile jeszcze razy taki czy inny wirus każe się nam zamknąć w domach. Poza tym w sytuacjach nieobecności na miejscu, zajęcia mogą zostać przeprowadzone np. podczas służbowego wyjazdu.

Uniwersytety powinny być tutaj przykładem i moderatorem.

O autorze

Krzysztof Ruchniewicz

historyk, niemcoznawca, profesor tytularny, dyrektor Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy’ego Brandta, fotograf, bloger i podcaster.

Krzysztof Ruchniewicz

historyk, niemcoznawca, profesor tytularny, dyrektor Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy’ego Brandta, fotograf, bloger i podcaster.

Newsletter „blogihistoria”

Zamawiając bezpłatny newsletter, akceptuje Pan/Pani zasady opisane w Polityce prywatności. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest możliwe w każdej chwili.

Najnowsze publikacje

Więcej o mnie

Kontakt