Czy tylko „pusty gest”?

C

Przed kilku dniami obchodziliśmy 50 rocznicę uklęknięcia zachodnioniemieckiego kanclerza Willy’ego Brandta przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie. Scena ta stała się szybko ikoną i symbolem dążenia do pojednania między narodami. Mimo upływu dziesięcioleci w Polsce nadal nie brak osób, które nie potrafią a raczej nie chcą zrozumieć znaczenia tego gestu. Określenia typu „pusty gest”, „mydlenie oczu” czy „pseudopojednanie” są dobrym tego przykładem z ostatnich dni. Jak wytłumaczyć ten fenomen? Co sprawia, że sprawy wydawałoby się oczywiste, należy na nowo tłumaczyć? Czy za tym się kryje niewiedza, czy kalkulacja polityczna?

Obchody rocznicowe

W ostatnich dniach odbył się szereg imprez z okazji 50 rocznicy podpisania w Warszawie Układu o normalizacji stosunków między PRL a RFN oraz uklęknięcia przed pomnikiem Bohaterów Getta zachodnioniemieckiego kanclerza. Ukazało się także wiele materiałów w mediach.

W imieniu prezydentów Polski i Niemiec wieńce złożyli w Warszawie przed Pomnikiem Bohaterów Getta szefowie ich gabinetów. Prezydent Niemiec wygłosił przemówienie, które było dostępne w internecie po polsku i niemiecku. Niemiecka mennica wybiła 2 euro z sylwetką klęczącego kanclerza, a tamtejsza poczta wydała znaczek z podobnym motywem.

Żaden z polityków partii rządzącej w Polsce nie wypowiedział się publicznie na ten temat (chyba że coś mi umknęło). Tylko nieliczni udzielili wywiadów w mediach. O podobnych do niemieckich upamiętnieniach także nie słyszałem.

”Pusty gest”

W wywiadzie dla „Deutsche Welle” jeden z polityków PiS powiedział, że

Z perspektywy ostatnich lat mogę postrzegać uklęknięcie tylko jako pusty gest (…). Nic się za nim nie kryło. Jakie to przeproszenie za zbrodnie, jeśli po nim nie miało miejsca żadne zadośćuczynienie dla Polski? (…) Takie gesty Niemcy wykonują wobec Polski od lat. Dla mnie są one niczym więcej, jak tylko mydleniem oczu. (…) W czasie II wojny światowej zginęło prawie tyle samo Polaków co Żydów. Wszak obywatele żydowscy mieszkający w USA czy Izraelu otrzymują odszkodowanie, Polacy nie.

To jest już frustrujące komentowanie tego typu wypowiedzi. Na urodzonym w 1971 roku polityku może widok klęczącego Brandta nie robi żadnego wrażenia. Ale wtedy, w tym konkretnym czasie, dla konkretnych ludzi, dla których wojna była osobistym wspomnieniem, sprawa ta wyglądała inaczej. Podobnie dla osób, które m. in. pod wpływem gestu Brandta, podjęły wieloletnią działalność na rzecz polsko-niemieckiego zbliżenia.

W sprawie odszkodowań, pisano o tym, sam to robiłem, wielokrotnie. Jak widać, można całkowicie ignorować wyniki badań, można także wykorzystywać tragedię wojny do bieżącej polityki. Nie słyszałem, by akurat ten polityk, do niedawna przewodniczący jednej z podkomisji senackich, podjął jakieś działania, np. zabiegał o pozyskanie w RFN dodatkowych dopłat do emerytur żyjących poszkodowanych lub pobytów leczniczych.

W wypowiedzi tej widać za to elementarny brak wiedzy i empatii, być może także złą wolę. Do tych słów odniósł się publicysta tygodnika „Polityka” Adam Krzemiński, znakomity znawca współczesnych relacji polsko-niemieckich:

Poseł z tylnej ławy sejmowej przejmuje rolę Eriki Steinbach w Bundestagu, o której dziś mało kto już pamięta. To jedyny jego pomysł na zaistnienie w polityce, której nie popiera nawet rząd PiS. Nawet polscy biskupi przestrzegają przed wystawianiem na szwank dorobku niemal sześćdziesięciu lat polsko-niemieckiego pojednania. Polscy narodowcy nie uznają politycznej „soft power”, a moralność w polityce zdają się przeliczać wyłącznie na gotówkę. To żałosne, choć trzeba pamiętać, że od czasu podpisania w 1953 roku londyńskiego porozumienia o regulacji zagranicznych długów Niemiec Republika Federalna grała z Polską znaczonymi kartami. Z drugiej strony, polscy nacjonaliści bardzo chętnie pomijają wiele spośród tego, co Republika Federalna i jej obywatele przez dziesięciolecia zrobili dla wzmocnienia gospodarki w Polsce, a także dla umocowania Polski w zachodnich strukturach. Pomijają także solidarną pomoc ze strony Niemiec podczas stanu wojennego.

„Pseudopojednanie”

Innym przykładem całkowitego niezrozumienia znaczenia wydarzeń z 1970 r. i form upamiętnienia były wpisy na TT. Wypowiadali się, co uznaję za bardzo zastanawiające, także historycy. Jeden z nich uznał, że pojednanie polsko-niemieckie było z kategorii „pseudo”, a inny uznał, że publikowanie znaczków przez niemiecką pocztę jest forsowaniem „niemieckiej polityki pamięci”, czyli aktem niemalże Polsce wrogim.

Sądy te wypowiadają osoby ze średniego pokolenia, tak czy inaczej jednak korzystające z dobrego położenia międzynarodowego Polski, do czego przyczyniło się również porozumienie z RFN, aktywnie rozpoczęte przez Brandta. Nie twierdzę, że nasze relacje są idealne, że proces zbliżenia jest zakończony. Osobną sprawą jest pojednanie, jego realność, stosunek do niego generacji wojennych i nas, późniejszych pokoleń. Także i w tej kwestii wypowiadałem się nie raz.

Nic nie stało na przeszkodzie, by z niemiecką poczta opracować wspólny bloczek, który pokazywałby różne przykłady pojednania między narodami, jak np. niemiecko-francuski czy polsko-niemiecki. Wszak poczta polska mogła wystąpić z inicjatywą i wydać bloczek o podobnej treści. Ale czy tu o konkretne działania komemoratywne aby chodzi?

Brak zrozumienia?

Wspomniane głosy odbieram raczej jako brak jakiegokolwiek zrozumienia dla roli przeszłości w relacjach polsko-niemieckich, znaczenia trudnego dziedzictwa i mozolnych prób wychodzenia z jego cienia.

Negującym ten proces, przecież potrzebny i korzystny dla funkcjonowania obu społeczeństw, dla ich rozwoju, warto przypomnieć słowa pierwszego niekomunistycznego ministra spraw zagranicznych Krzysztofa Skubiszewskiego, który w exposè sejmowym z 26 kwietnia 1990 r. mówił:

Ciężkie zbrodnie i cierpienia czasu wojny odchodzą w przeszłość, szczególnie w perspektywie nowych, młodych pokoleń. Trzeba o tym pohańbieniu pamiętać, jako o wielkiej przestrodze, nie zaś jako źródle niechęci, uprzedzeń lub nawet nienawiści.

Jak widać, dla części osób takie stanowisko, wymagające wysiłku i okazania pewnego rodzaju szlachetności, jest ciągle trudne do zaakceptowania. Najłatwiej jest bowiem odwoływać się do narodowych antypatii i uprzedzeń.

O autorze

Krzysztof Ruchniewicz

historyk, niemcoznawca, profesor tytularny, dyrektor Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy’ego Brandta, fotograf, bloger i podcaster.

Krzysztof Ruchniewicz

historyk, niemcoznawca, profesor tytularny, dyrektor Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy’ego Brandta, fotograf, bloger i podcaster.

Newsletter „blogihistoria”

Zamawiając bezpłatny newsletter, akceptuje Pan/Pani zasady opisane w Polityce prywatności. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest możliwe w każdej chwili.

Najnowsze publikacje

Więcej o mnie

Kontakt