Skrzynka z narzędziami w 2016 roku (1)

Mówiąc o uprawianiu historii, często mamy na myśli profesję, fach, rzemiośło. Studiując, zdobywamy potrzebne narzędzia, które w kolejnych latach doskonalimy. Co jakiś czas zdajemy egzaminy, którymi potwierdzamy zdobyte umiejętności. W końcu otrzymujemy patent mistrzowski. Co takiego wykonujemy? Jaki jest nasz produkt? Czym się on różni od efektów innych zawodów?

Wszystkie te pytania nie są nowe, w przeszłości wielokrotnie próbowano znaleźć na nie odpowiedź. Są tacy, którzy widzą siebie właśnie jako rzemieślnika. Innym zdaje się, że uprawianie zawodu historyka jest czymś uświęcone, nie mieści się w proponowanych definicjach zawodów, jest misją w służbie nauki lub narodu itd. Nie zmienia to stanu rzeczy, że jesteśmy nie oceniani za aurę, którą rzekomo wytwarza nasza dyscyplina, lecz za poprawność stosowania narzędzi, które wypracowała nasza nauka.

W epoce digitalnej nasze narzędzia ulegają ciągłej zmianie. Do już istniejących (jestem za ewolucją w tym zakresie), dochodzą nowe. Często ułatwiają nam one pracę, przy zastrzeżeniu, że potrafimy je właściwie stosować (ocenić to mogą i koledzy po fachu, i słuchacze / czytelnicy naszych „produktów“). W ostatnich latach stworzyłem, by użyć tego dzisiaj modnego określenia, workflow, którym chcę się podzielić. Niestety, być może to, co właśnie piszę, już się dezaktualizuje. Co powoduje takie wrażenie? To nie tylko szybki rozwój techniki, lecz także zmieniające się mody.

Przypomnijmy. Zaczynałem od maszyny do pisania, potem był komputer stacjonarny. Po jakimś czasie upowszechnił się laptop. W końcu pojawiły się tablet i smartfony, które też okazują się przydatne (m. in. jako czytniki ebooków, zbiory różnych materiałów). Moje biurko wędruje ze mną. Ostatnie wyniki badań młodzieży w tym zakresie (swoisty papierek lakmusowy zmian?), które miały na celu m.in. wskazać ich preferencje w używaniu różnych urządzeń elektronicznych, pokazały, że podstawowym dla najmłodszych jest smartfon.

Z raportu dowiadujemy się – relacjonowała badania dziennikarka „Gazety Wyborczej“, Justyna Suchecka, że nastolatkom laptop przeważnie służy do odrabiania lekcji, tablet – do oglądania filmików, natomiast komputer stacjonarny jest potrzebny do zaawansowanych graficznie gier. (…) Nastolatki są za to przyspawane do smartfonów, które są poręczne i – co dla badanych jest nawet ważniejsze – „w małym stopniu kontrolowane przez rodziców”.

Czy to jest jakieś zaskoczenie? Wystarczy rozejrzeć się po sali wykładowej. Stanąć przez chwilę na przystanku autobusowym czy na przejściu dla pieszych. Wokół większość wpatrzona w swe małe ekrany, pospiesznie chłonie informacje, które wyrzuca co chwilę to niewielkie urządzenie. W przypadku studentów coraz częściej można usłyszeć odpowiedź, że jest to podstawowe narzędzie docierania do informacji… Z drugiej strony, skoro np. w wikipedii natychmiast możemy znaleźć taką czy inną datę lub krótkie wyjaśnienie poszukiwanej frazy, to dlaczego nie mamy z tego skorzystać?

Niezależnie od tych „nowinek“, od dobrego rzemieślnika wymaga się dobrego produktu. I nie jest ważne, czy chodzi tu o wykład, artykuł naukowy, czy inną formę wypowiedzi. Poniżej przedstawię zestaw moich narzędzi. Czym się kierowałem przy ich kompletowaniu? Co było dla mnie decydujące? Trzeba zaznaczyć, że większość z nich jest dość kosztowna. Dokonanie fałszywego wyboru może czasami skutkować dotkliwą dziurą w budżecie (do tego dochodzą płatne aktualizacje…). Na szczęście większość twórców umożliwia bezpłatne testowanie produktu, do czego zachęcam każdego z czytelników tego bloga. I jeszcze jedno zastrzeżenie. Mój zestaw proszę potraktować jako propozycję. Nie jest to zbiór zamknięty. Jest to jednoczenie zaproszenie do dyskusji, chętnie wymienię się uwagami. Moje zestawienie składa się z dwóch części (jutro zamieszczę drugą).

W kompletowaniu mojego zestawu kierowałem się dwoma czynnikami. Była to praktyczność oraz kompatybilność. W pierwszym przypadku szukałem takich programów, które mógłbym stosować łącznie. W drugim przypadku zależało mi, by dane zebrane na jednym nośniku byłe dostępne bez problemu na drugim. Bardzo pomocna okazała się tu praca w chmurze. Posiadam sporą przestrzeń roboczą. Większość moich plików (poza zdjęciowymi) umieściłem w chmurze. W znacznym stopniu „odchudziło“ to mój dysk twardy, a do moich plików mam praktycznie nieograniczony dostęp z każdego miejsca. Taka decyzja sprawdza się zwłaszcza w czasie częstych podróży, co dla historyków nie jest niczym rzadkim. Były jednak dwie wątpliwości, które dość długo powstrzymywały mnie przed tym krokiem. Pierwsza to bezpieczeństwo, drugi – a jakże – cena. System osx, z którego korzystam, jest – jeśli wierzyć różnym ocenom – bezpieczny, a obecnie wynajęcie sporej przestrzeni nie bije już tak po kieszeni.

By ułatwić poruszanie się po moim workflow, wykonałem graficzną prezentację. Składa się z 12 działów / kategorii. Do już istniejących programów doszły nowe. Do pisania dłuższych tekstów sprawdza się tzw. edytor nielinearny, Scrivener (od niedawna jest też dostępny na Windows). Większość tekstów, także te na bloga, piszę w Ulyssesie. Odkryciem roku był program Flowstate, który wymusza koncentrację na pisanym tekście (o jego działaniu bliżej w jednym z wcześniejszych wpisów). Przydaje się też aplikacja do czyszczenia różnych formatów (Textsoap). Jest to zwłaszcza pomocne, gdy „ściągamy“ teksty z internetu.

Do transportowania tekstów na bloga, drobnych poprawek itd., służy mi druga odsłona programu Desk. Działa bez zarzutu, istnieje możliwość pisania w Markdown. Jego autor, John Saddington, stale nad nim pracuje, doskonali go. Do zrzutów ekranu wykorzystuję Capto (wcześniejsza wersja tego programu to Voila). Posiada wiele możliwości, także wstępnej obróbki skopiowanego materiału.

Tak naprawdę, to od tego działu powinienem rozpocząć. Do wizualizacji myśli przekonała mnie przed laty p. Agnieszka (serdecznie pozdrawiam). Wszystkich zachęcam do tego. Przelanie tego, co się w głowie kłębi na niezapisaną powierzchnię pozwala uporządkować myśli, uzupełnić hasła ilustracjami czy krótkimi notatkami. Korzystam z trzech programów, których wykresy można też zamienić na formę tekstową (gotowe rozdziały w tekście). Są to MindNode, Scapple i AeonTimeline2. Ten ostatni przydaje się do pisania monografii, gdy potrzebujemy skorzystać z osi czasu (jest kompatybilny m.in. ze Scrivenerem).

Zastanawiałem się, czy umieścić osobną kategorię dla czytników. Ponieważ korzystamy z coraz większej ilości publikacji w wersji elektronicznej, jest to jak najbardziej uzasadnione. Niestety, nie znalazłem jeszcze optymalnego narzędzia. Korzystam z BookReader. Program sprawdza się tylko częściowo. Publikacje są uporządkowane wg autorów lub tytułów. Do każdej z nich można dodać tagi (szczególnie przydatne w przypadku dużej ilości książek). Do czytania można wybrać różne warianty, zmienić tło, wielkość czcionki. Na marginesie można robić notatki. Niestety, z pomocą tego czytnika można jedynie studiować publikacje w formacie epub. Marzyłby mi się czytnik do wszystkich formatów, także do przeklinanego przeze mnie formatu naszych bibliotek cyfrowych „djvu“.

Ważną kategorią w moim zestawie są bazy danych. Od lat korzystam z niezawodnego programu do sporządzania bibliografii Bookends, sięgam także po BibDesk. Do każdego z tych programów można „podwiesić“ załączniki. Kwerenda on-line w bibliotekach światowych nie sprawa większych problemów. Podobnie zapisywanie znalezionych rekordów pozycji. Postulatem pozostaje nadal włączenie polskich zasobów do obiegu międzynarodowego. W końcu tych programów do sporządzania wykazów literatury nie jest tak dużo! Nie wspomnę o ustandaryzowanym do naszych potrzeb formacie zapisu. W końcu są to rzeczy, które łatwo rozwiązać. Ale czy kogoś to interesuje? Artykuły gromadzę albo w chmurze (Instapaper) albo w zbiorze zarządzanym przez program Papers (przede wszystkim w formacie pdf). Natomiast ilustracje w Inboard. Każdy z tych programów świetnie współpracuje z innymi (edytory tekstów, ToDo i inne).

Podstawowym programem „przypominającym“ (tzw. ToDo) jest (i jak narazie pozostanie) OmniFocus. Ilość różnych zadań, które muszę wykonywać (oczywiście na własne życzenie), wymusza ich zapisywanie na bieżąco. Tradycyjny kalendarz w moim przypadku nie sprawdził się. Testowałem różne programy ToDo. Najwięcej możliwości posiada moim zdaniem OmniFocus. To już druga odsłona tego programu. Bez problemu mogę zapisywać zadania z poziomu maila czy wywoływać maskę w dowolnej chwili. Mogę korzystać z przeglądu wszystkich zadań. O mijających terminach informuje kalendarz oraz inne formy powiadomienia. Niestety, punktualność, to moja najsłabsza strona. Wcześniej wydawało mi się, że panuję nad wszystkimi terminami, teraz nie jest to takie łatwe. Inną zaletą tego programu jest to, że np. do planowanych artykułów / wykładów itp. mogę zbierać wykaz literatury w postaci linków. Po ich naciśnięciu pojawia się poszukiwany przeze mnie tekst (mam ich setki w komputerze, znalezienie tego właściwego nie zawsze jest proste).

Autor: Krzysztof Ruchniewicz

Historia najnowsza, badania i nauczanie, historia w przestrzeni publicznej, blog i ... / Zeithistoriker, Lehre und Forschung, PH, Blog und ...

Skomentuj