Czy pytanie kto może „uprawiać historię” ma jakiś sens? Wszak w dobie cyfrowej komunikacji każdy może wszystko, a efekty owego “wszystko” mierzy się głównie lajkami. Może jednak warto chwilę poświęcić temu, jak wiedza historyczna, będąca rezultatem wieloletniej pracy badawczej, ma konkurować z narracjami tworzonymi dla algorytmu, zasięgów i emocjonalnej mobilizacji odbiorców, uzależnianych kolejnymi dawkami “poruszających” treści.
Performans zamiast wymiany argumentów
Niedawno ukazał się w prasie mój felieton o relacjach polsko-niemieckich. Napisałem w nim m.in., że asymetria w nich istniejąca jest strukturalna i trwała, że kwestia reparacji jest z punktu widzenia prawa międzynarodowego zamknięta, choć oczywiście wymiar moralny niemieckiej odpowiedzialności jest niezmiennie aktualny.
Na X mój wywód doczekał się komentarza publicysty specjalizującego się w relacjach polsko-niemieckich. Konta tam już nie mam, skasowałem je jakiś czas temu. Ale zrzuty ekranu wędrują i komentarz ów do mnie dotarł. Jego treść wiąże się dobrze z problemem, o którym chcę napisać.
Autor, jak mi się wydaje, poszedł na intelektualną łatwiznę, w dodatku tak przewidywalną. Bo czyż nie jest dziś łatwo zdanie, z którym się nie zgadzamy, uznać za „niemiecką narrację” (każdy Polak zakrzyknie od razu z przerażenia i wstrętu!) – w tym przypadku “w ustach polskiego profesora” (jednak polskiego, cóż za litościwe podejście).
Dalej jest jeszcze mądrzej i bezkompromisowo. Chodzić ma bowiem o „idealnie zaplanowany przekaz” (nic zatem innego jak spisek sterowany z krzyżackiego gniazda) mający „petryfikować relacje w schemacie mistrz–uczeń” (czemuż nie sługa i pan, a może Herrenvolk i… ).
Jakby czytelnik nie był pewien co myśleć, w konkluzji autor stwierdził, że moja „narracja idealnie zbiega się z oczekiwaniami Berlina” (oklaski i fanfary!). Dodał też, że „jedyną pociechą” (ale przecież tak marną, nawet dla dziennikarza…) jest fakt, że jestem „byłym pełnomocnikiem ds. polsko-niemieckich [sic!] i byłym dyrektorem Instytutu Pileckiego” – jakby utrata funkcji uczyniła mój głos wprawdzie mniej istotnym i szkodliwym, ale wciąż niebezpiecznym dla nieświadomych polskich czytelników (kurtyna opada nad moją biedną głową).
No cóż, miesiące mijają a moje dymisje ciągle serca cieszą i uznawane są nawet za wielkie osiągnięcia w relacjach z czyhającym na ucznia złowrogim mistrzem zza Odry. Tak oto spostponowany, po raz kolejny wyrzucony poza nawias narodowej wspólnoty, powinienem zapewne zamilknąć zawstydzony. Tylko że takie oskarżenia to już cokolwiek zdarta płyta…
Nie zamierzam tu po raz setny chyba tłumaczyć, dlaczego reparacje ponad 80 lat od zakończenia II wojny, jakbyśmy o nie usilnie nie zabiegali, są nie do uzyskania, natomiast do uzyskania/załatwienia są inne sprawy, mniej spektakularne w zestawieniu z tak maksymalistycznie zarysowanym celem, ale bardzo znaczące dla naszej teraźniejszości i przyszłości.
“Polski profesor” (ze skruchą wyznam, że określenie to pieści me sponstponowane uszko) pozwoli sobie wskazać na coś innego: mechanizm, który ten komentarz reprezentuje. Bo to nie była wymiana argumentów dotyczących przypadku historycznego. To był performans dla algorytmu. Tekst skonstruowano tak, by wywołać emocje, zmobilizować „swoich”, zdyskredytować „obcych”. Nowa odmiana starego “świętego oburzenia”. Historia jest tu jedynie narzędziem walki politycznej, a nie przedmiotem analizy.
Nie jest to oczywiście nowy problem. Ale jego skala – już tak.
Trzy stare obiegi i jeden nowy
W najbardziej klasycznym sensie historię uprawiają zawodowi historycy, budując z mozołem gmach historiografii. Ich praca opiera się na krytyce źródeł, weryfikacji hipotez, konfrontowaniu własnych ustaleń z istniejącym stanem badań, poddaniu wyników publicznej debacie.
To praca długotrwała, często nudna dla postronnego obserwatora, słabo widoczna poza seminariami i konferencjami, zadrukowanymi stronami wypełniającymi kolejne tomy. Jej celem nie jest dostarczanie jednoznacznych odpowiedzi (chociaż czasem się to udaje), lecz możliwie najwierniejsze odtworzenie złożoności przeszłych doświadczeń w szerokim kontekście działalności człowieka.
A przeszłość jest daleka od jednoznacznych interpretacji. Wszak jest wczorajszą teraźniejszością, a ta – jak doświadczamy to każdego dnia na własnej skórze – prosta nie jest. Czarno-biały świat to ułuda, która niestety wielu z nas wydaje się stanem pożądanym, bo zwalniającym w zajmowania się jego nużącą złożonością.
Równolegle funkcjonuje drugi obieg – historia publiczna (Public History). Książki popularnonaukowe, wystawy, filmy dokumentalne, podcasty, strony tematyczne. Tutaj historycy wciąż są obecni, choć muszą liczyć się z ograniczeniami: wydawca chce „żywego” języka, kurator pilnuje budżetu, producent potrzebuje atrakcyjnej „narracji”.
Napięcie między rygorem wiedzy a przystępnością przekazu nie jest rzecz jasna złe – przeciwnie, może prowadzić do ciekawych rozwiązań. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś decyduje, że skoro „kontekst nie klika”, to można go pominąć lub podrasować.
A potem jest już trzeci obieg, który w ostatnich latach nabrał niesamowitej siły: pseudohistoria w mediach społecznościowych. Osoby często z fragmentaryczną wiedzą historyczną (albo i bez niej) ferują kategoryczne sądy o przeszłości, zwłaszcza na temat innych (dobieranych całkiem dowolnie).
Debata historyczna, prezentacja tematu zostaje zastąpiona przez moralne oskarżenia i procedury wybieleń, by lepiej one zabrzmiały. Historia przestaje być przedmiotem analizy – staje się narzędziem mobilizacji swojej grupy. Najwydajniejsze jest uruchamianie mechanizmów ataku lub obrony, a najlepiej obu w sprzężeniu. Wtedy nie ma już zróżnicowania, wielości, skali i proporcji. Skomplikowane sprawy przycina się do rytmu prostych haseł.
I tu wkracza czwarty (o)bieg – AI
Generatywna sztuczna inteligencja (genAI) wprowadziła do tej gry nowego, specyficznego gracza, nazywanego jeszcze uspokajająco narzędziem. ChatGPT, Claude, Gemini – wszystkie te programy mogą w kilka sekund wygenerować tekst historyczny lub “historyczny”, który brzmi kompetentnie. Mogą streścić książkę, którą nigdy nie przeczytały (bo nie czytają). Mogą „cytować” źródła, które nie istnieją (i robią to regularnie, bez skrupułów, bo ich nie mają, a odpowiedź “userowi” się należy…).
Co gorsza – mogą to robić na masową skalę. Ktoś, kto wcześniej nie miałby czasu ani kompetencji, by napisać artykuł na dowolny temat historyczny, dziś może to zlecić genAI. Choćby taki temat, jak bunt społeczny w NRD w 1953 r. Efekt?
Setki tekstów brzmiących „naukowo”, gładkich, napisanych lepszą polszczyzną niż byłaby ta “oryginalna”, pozbawionych jednak podstawowego warsztatu: weryfikacji źródeł, świadomości luk w dokumentacji, zrozumienia kontekstu (w tym perspektyw historiograficznych), dostrzeżenia rzeczy, który wyjaśnić się nie udało. Teksty te trafiają potem na blogi, do mediów, na portale określane jako edukacyjne.
A algorytmy mediów społecznościowych? One nie rozróżniają, czy tekst napisał historyk z czterdziestoletnim stażem, czy bot. Premiują to, co klika. A klika się na prostotę, emocje, skandal, proste osądy. „10 faktów o powstaniu w NRD, których NIE ZNAJDZIESZ w opracowaniach naukowych!” – to klika. Ciekawe skąd owe “fakty” pochodzą. „O genezie, przebiegu i skutkach powstania ludowego w NRD w 1953 roku” – to nie klika.
Odwieczna zasada „złego pieniądza wypierającego dobry” i tu ma zastosowanie. Narracje szybkie, proste i emocjonalne (często wspierane przez genAI) dominują nad wywodami nieco bardziej ostrożnymi, źródłowymi, refleksyjnymi. Nie dlatego, że są lepsze. Dlatego, że są głośniejsze, atakujące graficznie i trafiają w wąziutkie okno uwagi kogoś kto mechanicznie przerzuca kolejne treści.
I tu pojawia się najbardziej niepokojące pytanie: czy genAI nie stworzy w najbliższych latach „historii dla algorytmu”? Tekstów pisanych nie po to, by cokolwiek wyjaśniały, lecz po to, by generowały zasięgi. Historii zoptymalizowanej pod SEO, pod shareability, pod virality. Historii, która przestaje być przedstawieniem przeszłości w oparciu o wiedzę, a staje się content marketingiem o przeszłości.
Czy to oznacza, że historyk nie powinien korzystać z genAI? Absolutnie nie. Sam jej używam – do wstępnej analizy dużych korpusów tekstów, do pracy z bazami danych, czasem do uporządkowania notatek czy sprawdzenia tłumaczenia. Ale także – i to być może najciekawsze – do tworzenia nowych form popularyzacji historii.
Rozpocząłem realizację projektu multimedialnego, w którym genAI pomaga mi w stworzeniu interaktywnej strony internetowej, wizualizacji danych historycznych, przygotowaniu materiałów edukacyjnych w formie dostępnej dla szerszej publiczności.
Kluczowa jest jednak świadomość ograniczeń i kontrola na każdym etapie. Historyk używający genAI do analizy źródeł wie, że musi zweryfikować każdy wynik. Wie, że może „halucynować” fakty i cytaty. Wie, że końcowa interpretacja i odpowiedzialność za treść zawsze należy do niego. GenAI może pomóc mi zbudować stronę, przygotować wizualizację, nawet zasugerować formę narracji – ale to ja muszę sprawdzić każdy fakt, każdą datę, każde źródło. To ja odpowiadam za to, co trafia do odbiorcy.
To fundamentalnie różni się od praktyki „zlecania genAI” napisania tekstu, np. “historycznego”. W pierwszym przypadku genAI jest narzędziem w rękach eksperta. W drugim – sama staje się ekspertem. Różnica nie jest techniczna, lecz fundamentalna.
Gdzie toczyć debatę?
Dylemat historyka w erze mediów społecznościowych
To prowadzi do trudnego pytania: czy historyk powinien „wchodzić” w spory z pseudohistorykami? Czy powinien odpowiadać na prowokacje, korygować fake newsy, uczestniczyć w gorących wymianach na X czy w komentarzach pod artykułami (kilka słów, bo już nie zdań, kilka zdań to nuda…)?
Przez lata miałem konto na Twitterze. Próbowałem czasem interweniować, gdy widziałem rażące błędy faktograficzne albo manipulacje. Efekt? Frustracja. Bo debata w mediach społecznościowych ma swoją logikę, która jest fundamentalnie niekompatybilna z logiką pracy historycznej.
X premiuje szybkość, uproszczenia, złe emocje. Historyk, który próbuje wyjaśnić kontekst w 280 znakach, przegrywa z kimś, kto napisze: „Powstanie nazistów”. Historyk, który pisze: „To jest skomplikowane, spójrzmy na motywacje uczestników” – przegrywa z kimś, kto krzyknie: „Co tu ściemniasz, wybieraj stronę!”.
Nie chodzi o to, że historyk ma gorsze argumenty. Chodzi o to, że gra nie na swoim boisku. Algorytm nagradza konfrontację, nie wyjaśnienie. Nagradza pewność siebie, nie ostrożność metodologiczną. W efekcie historyk albo adaptuje się do tej logiki (i przestaje być historykiem, odkrywszy w sobie nowe ponętne Ja), albo zostaje zmieciony z pola “debaty”.
Dlatego skasowałem swoje konto. Nie z rezygnacji, ale z przekonania, że format ma znaczenie, a ja mam prawo wybrać swój.
Są miejsca, gdzie debata historyczna w formacie tradycyjnym ma sens: seminaria, konferencje, recenzowane czasopisma, dłuższe formy publicystyczne, podcasty z czasem na rozwinięcie myśli, wystawy muzealne z przestrzenią na kontekst. Tam można się spierać merytorycznie – nawet ostro – ale w ramach wspólnych reguł gry i w przekonaniu, że adwersarzowi chodzi o to samo – zbliżenie się do prawdy.
Pseudohistoria nie jest „alternatywną interpretacją”
Muszę to podkreślić, pseudohistoria w mediach społecznościowych nie jest „alternatywną interpretacją” gotową do dialogu, świeżym spojrzeniem, do którego nie jest zdolny skostniały świat klerków. To inny rodzaj praktyki: publicystyka zaangażowana czasem przekształca się w propagandę, a coraz częściej – jak pisałem – w maszynowo generowany content. Nazwanie tego faktu nie jest aktem wykluczania ani elitaryzmu. To elementarne porządkowanie debaty, które jest i naszym – naukowców – zadaniem.
Czy to musi oznaczać wycofanie się historyków z przestrzeni publicznej atakowanej przez cyfrowe sztormy? Nie. Ale oznacza świadomy wybór form i odmowę gry na zasadach stojących w sprzeczności z etosem zawodowym. Popularyzacja historii – tak. Kreatywne formy komunikacji – tak. Ale nie za cenę rezygnacji z tego, co stanowi sedno naszego zawodu: odpowiedzialności za źródła, świadomości złożoności przeszłego świata, gotowości do rewizji własnych tez po rozważeniu argumentów, a nie obcesowych pohukiwań. Jeśli na to pójdziemy, nie zyskamy większej wiarygodności czy posłuchu, przepadniemy w tłumie sprawniejszych od nas demagogów (o ile to będą ludzie…).
Czy oznacza to, że historycy zostali zepchnięci do jakiegoś getta zasnutego pajęczynami? Niekoniecznie. Utracony został ostatecznie monopol na opowiadanie przeszłości – ale przecież nie zdolność jej rzetelnego badania. To historycy nadal wyznaczają standardy, tworzą aparat pojęciowy, prowadzą badania archiwalne, wskrzeszając nierzadko dawno zmarłe światy. Z ich wiedzy korzystają – często nieświadomie, bez zrozumienia wagi tego połączenia – także twórcy narracji uproszczonych (a teraz także programiści trenujący modele genAI).
Problem polega na tym, że autorytet naukowy przestał być oczywisty, jak i wszelkie inne autorytety. Płynny świat je podmył, a potem unicestwił. Nasza pozycja, nasze roszczenia wymagają ciągłego uzasadniania, tłumaczenia, pokazywania „po co to wszystko” i “co z tego wynika”. A konkurencja nie śpi – i ma lepsze narzędzia viralowe.
Nie wierzę jednak, że rozwiązaniem jest rozluźnienie zasad warsztatu na rzecz pogoni za medialną skutecznością. Nie chodzi o to, żeby historycy zaczęli pisać jak influencerzy (proszę, nie!). Chodzi raczej o jasne nazywanie rzeczy: pseudohistoria nie jest „alternatywną interpretacją”, jakąś inną prawdą do wyboru w zależności od potrzeby i nastroju, lecz czymś zupełnie innym – nierzadko zbliżonym do propagandy w czyimś interesie.
Co zostaje?
Historia oparta na źródłach i metodzie jest z natury powolna i cicha. Pseudohistoria bywa głośna, ale zazwyczaj krótkotrwała, szybko zastępowalna. W dłuższej perspektywie to pierwsza z nich tworzy trwałe punkty odniesienia, do których wracamy, gdy opadnie kurz bieżących sporów lub medialnych nagonek.
Pytanie nie brzmi więc, czy historycy mają dziś jeszcze coś do powiedzenia. Pytanie brzmi: czy potrafimy – i czy chcemy – uczestniczyć w sporze o sens przeszłości bez rezygnacji z tego, co stanowi istotę naszego zawodu. I czy potrafimy to robić w sposób autonomiczny w świecie algorytmów, generatorów i 280 znaków na X. Czy jesteśmy gotowi prezentować nasz punkt widzenia, tłumaczyć skąd się wziął, czy schowamy się do kącika, bo na czasie jest nie tyle polemika, co “odsądzanie od czci i wiary” kogoś, kto ma po prostu inne zdanie (tu wyrażam wdzięczność, że uznano mnie za “polskiego profesora” a nie tylko “polskojęzycznego”).
Bo jeśli przestaniemy, to co zostanie? ChatGPT w wersji 27.0, cytujący nieistniejące źródła z coraz większą pewnością siebie? Ja osobiście wolałbym, żeby to nie nastąpiło.
Ale takie zagrożenie nie dotyczy tylko zakurzonych Koszałków-Opałków, drogi komentariacie.











