Droga na manowce

Jeden z moich kolegów, prof. Przemysław Wiszewski, zwrócił uwagę na pismo jednego z wysokich urzędników ministerstwa nauki i szkolnictwa wyższego1. Pan wiceminister utyskuje w nim na nieodpowiedni poziom prac naukowych humanistów, absencję w dialogu międzynarodowym oraz brak zaangażowania w prezentowanie „polskiej racji stanu“. Narzekania tego rodzaju stają się już niemal „przekazem dnia” kręgów władzy. Nie powinniśmy tego rodzaju zarzutów pozostawiać bez komentarza. W takich bowiem generalizacjach, jak to zwykle bywa, miesza się prawda, półprawda i… coś tam jeszcze.

Brak kryteriów

Nie są znane kryteria, według których prof. Aleksander Bobko, wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego sformułował tak kategoryczne zarzuty pod naszym adresem. Nie odwołuje się bowiem do konkretnych danych o aktywności i dorobku. Z tak ogólnie sformułowanymi opiniami trudno się zgodzić, bo są po prostu krzywdzące. Zmroził mnie zwłaszcza następujący fragment wywodów wiceministra:

Nieobecność polskich naukowców na arenie międzynarodowej prowadzi do tego, że są nam narzucone inne narracje, które mogą marginalizować znaczenie polskiej kultury i historii. Powinnością badaczy zorientowanych na kulturę narodową oraz historię regionalną winno być nie tylko badanie lokalnych ojczyzn w sposób cechujący się doskonałością naukową, ale również pokazywanie światu bogactwa polskiej kultury oraz prezentowanie na forum międzynarodowej polskiej racji stanu2.

Obszerny komentarz do tych słów sformułował prof. P. Wiszewski. Zwrócę więc uwagę tylko na kilka dodatkowych problemów. Mamy do czynienia z kolejną ostrą krytyką środowiska naukowego kierowaną ze strony wysokich urzędników państwowych. Niedawno premier publicznie podważył wartość badań historycznych z ostatnich dziesięcioleci3. Wypowiedź wiceministra można rozpatrywać także w dwojaki sposób: w odniesieniu do płaszczyzny naukowej, ale i do politycznej, która zdaje się, jego zdaniem, jest równie ważna w pracy badaczy.

Sprawozdania pisane „na Berdyczów“

Zastanawiam się, po co raz w roku piszę sprawozdanie z mojej działalności. Z roku na rok sprawozdawczość ta zwiększała się o kolejne punkty. Równocześnie rosła też liczba stron sprawozdania. Na podstawie indywidualnych sprawozdań powstają raporty roczne placówki. Dane te płyną w górę. Dowcipkowaliśmy sobie, że pewnie nikt do nich nie zagląda.

No i rzeczywiście, nie zagląda. Jednak czy jest to aż tak trudne? Przecież na tej podstawie można sprawdzić, ile ukazało się publikacji w językach obcych, w ilu konferencjach zagranicznych braliśmy udział, w jakich międzynarodowych projektach uczestniczymy, w jakich zagranicznych gremiach naukowych zasiadamy. Instytuty zbierają także informacje o pozyskiwanych na badania pieniądzach z zewnątrz, w tym od różnych fundacji. Dopiero po podsumowaniu tych danych można pozwolić sobie na wstępne wnioski i zastanawiać się nad kondycją nauk humanistycznych, sensownym wsparciem tego tak pożądanego „umiędzynarodowienia”.

Polska racja stanu

W wypowiedzi wiceministra zabrakło mi tego odniesienia się do rzetelnej wiedzy, a nie tylko publicystycznych sądów rozwodzących się o zaściankowości polskiej nauki. Zamiast tego mamy oskarżenia. Chcę się dowiedzieć, o jakie narzucanie narracji chodzi? Gdzie się ono przejawia? Mamy się domyślać, w których naszych pracach lub naszych kolegów? Ktoś w ministerstwie czerwonym ołówkiem zaznacza już ślady owych „narracji” w naszej twórczości? Albo obarcza nas winą za każdą niekorzystną lub po prostu głupią wypowiedź jakiegoś cudzoziemca na temat polskiej historii lub kultury?

Czy aby minister nie miesza dwóch porządków, naukowego z politycznym? Bo tym jest jednak to przywoływanie „polskiej racji stanu”, poważniej zagrożonej naszą rzekomą nieudolnością. W wywodach takich mimowolnie zdemaskowane zostaje przekonanie, że polityczna użyteczność nauki ma być podstawą jej oceny. Czego konkretnie zatem oczekuje od nas nasz resort? Może pracuje już nad kodyfikacją „polskiej racji stanu” w nauce i będzie nam takowe zalecenia rozsyłał do realizacji? Może będziemy musieli konsultować zgodność naszych prac i wypowiedzi publicznych, ale też wygłaszanych w gremiach naukowych poza granicami kraju? Może na tej podstawie będzie się nas oceniać, sprawdzać, czy zasługujemy np. na awans profesorski?

Groźba upolitycznienia

Kolejny punkt w ankiecie oceny pracownika naukowo-dydaktycznego zawsze można przecież dodać. Przesadzam? Dziś jeszcze tak. Do tego jednak może prowadzić upowszechnienie takiego postrzegania zadań polskiej humanistyki. I nie będzie to miało nic wspólnego z podnoszeniem jej poziomu, co oczywiście jest konieczne i winno być naszym stałym celem. Czy czeka nas recydywa przykrych i wstydliwych praktyk z tzw. czasów słusznie minionych?

Jako historyk zajmujący się dziejami najnowszymi wziąłem udział w niezliczonych konferencjach krajowych i zagranicznych, opublikowałem sporą liczbę książek, artykułów (wykaz moich publikacji książkowych znajduje się w Bibliotece Narodowej4), wśród nich niemało we współpracy z zagranicznymi partnerami i w językach obcych. Wielokrotnie zabierałem głos w mediach, tak tradycyjnych, jak społecznych. Nie interesuje mnie interes takiej czy innej partii politycznej, która uważa, że w chwili objęcia rządów staje się on „polską racją stanu”, a wszyscy wokół są zobowiązani do jego wspierania. Szczególnie wtedy gdy władza palnie coś głupiego i w imię narodowej solidarności wzywa do obrony tego głupstwa. Przykładów z ostatnich dni zaoszczędzę czytelnikom, bo je doskonale znają.

Mylenie porządków

Czuję się w obowiązku zabierać głos jako historyk, dążący do prawdy o przedmiocie swych badań (choć to cel idealny i nieosiągalny, liczy się jednak droga…). Wiem, jakie w związku z tym mam zadania. Otóż mam formułować swoje tezy na podstawie wszystkich dostępnych materiałów źródłowych, a jeśli jest to konieczne – wymaga to specyfika mojej dyscypliny – sam takie źródła wywoływać / tworzyć (oral history). Mam mieć świadomość, że w nauce wszystko podlega dyskusji i weryfikacji. Mam być możliwie bezstronny lub chociaż przyzwoity, formułując oceny o ludziach, wspólnotach i ich czynach lub postawach.

W końcu mam pamiętać, że już w przeszłości historyków i ich dzieła wykorzystywano za ich zgodą lub bez niej w „narracjach”, nie mających nic wspólnego z podstawowymi wartościami naszego współczesnego świata: wolnością, demokracją, szacunkiem wobec innych. Skończyło się to źle, choć dużo opowiadano, że wymaga tego „racja stanu”, „narodowy interes”.

Konstruktywna debata?

I na koniec uwaga ad personam. Przepraszam z góry wszystkich zgorszonych, ale przecież wyżej przytoczone oceny jednego z kierowników resortu też dotyczą osób, czyli nas. Wystarczy sięgnąć do listy publikacji pana wiceministra, by się przekonać, że jego aktywność międzynarodowa (i chyba również tzw. rozpoznawalność) jest niewielka (w wykazie publikacji zwartych Biblioteki Narodowej jest tylko jedna publikacja w języku niemieckim jego autorstwa)5. Nie znalazłem w academia.edu6 albo researchgate.net7, podstawowym źródle informacji o naszym udziale w dialogu międzynarodowym, danych o jego aktywności w publikacjach, projektach i seminariach zagranicznych. Jak więc dotąd realizował zadania, które chce przypisać nam wszystkim, uznając że ich nie wypełniamy? A może dopiero teraz zamierza to czynić? Wydaje mi się przy tym, może mylnie, że zajmowanie się europejską filozofią daje potencjalnie więcej okazji zagranicznych publikacji niż zgłębianie dziejów lokalnych wspólnot i peryferyjnych regionów…

Wypada więc zastanowić się, czy takie wypowiedzi służą konstruktywnej debacie w świecie naukowym (stale potrzebnej), czy są jedynie usłużnym wobec polityków apelem o wprzągnięcie nas do jakiejś politycznej kabały. Taką oznaką „wzmożenia” narodowych emocji u kolejnego człowieka ze świecznika władzy. Wątpię, by wyszedł z tego awans choćby dwóch naszych uniwersytetów do pierwszej setki tych wszystkich otoczonych kultem rankingów. Słusznie postuluje się zwiększenie liczby naszych publikacji po angielsku czy innych językach kongresowych. Tego nigdy nie za dużo. Ważne jest jednak nie tylko jak, w jakim języku, ale i co w nich będzie.

Przypisy:

  1. Zob. List otwarty do prof. dr hab. Aleksandra Bobko, sekretarza stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego, „Humanities, stupid!“, 14.02.2018.
  2. Ibidem.
  3. Zob. Adam Leszczyński, Morawiecki o dorobku historyków polskich: „25 lat wolnej, niepodległej Polski były stracone”. Jawny fałsz, „oko.press“, 4.02.2018; Problemy z historią, „www.tvn24.pl”, 15.02.2018 
  4. Zob. Ruchniewicz, Krzysztof (Biblioteka Narodowa) 
  5. Bobko, Aleksander (Biblioteka Narodowa)  
  6. Zob. Bobko, Aleksander (academia.edu) 
  7. Zob. Bobko, Aleksander (researchgate.net) 

Autor: Krzysztof Ruchniewicz

Historia najnowsza, badania i nauczanie, historia w przestrzeni publicznej, blog i ... / Zeithistoriker, Lehre und Forschung, PH, Blog und ...

Skomentuj