Bystrzyckie porządki

B

To miał być krótki spacer po centrum Bystrzycy Kłodzkkiej. Drugi dzień świąt, czas odpoczynku i wyciszenia po domowym zgiełku. Miasto prezentowało się odświętnie: dekoracje świetlne, choinka na rynku robiąca miłe wrażenie. Wszystko zdawało się potwierdzać, że przestrzeń jest pod troskliwą opieką — że panuje tu dbałość nie tylko o codzienne potrzeby mieszkańców. Kilka obserwacji podważyło jednak to przekonanie.

Figura bez rąk

Tym razem postanowiliśmy przejść w kierunku kościoła parafialnego. Przechodząc obok, po raz kolejny sfotografowałem figurę Maryi z Dzieciątkiem. Wszak mamy Boże Narodzenie… Wyglądała na zapomnianą i zaniedbaną mimo dość reprezentacyjnego miejsca, w jakim ten monument się znajduje. Dawno nieczyszczony kamień, brak u Jezusa lewej rączki — wciąż mnie to zaskakuje, choć powinno raczej zawstydzać. To nie jest świeże uszkodzenie, lecz trwały stan od wielu lat, zdaje się być on zaakceptowany przez wszystkich.

Figura, teraz bardziej widoczna z powodu braku drzew, stoi przed nami jak niemy świadek zaniedbania: obecna, a jednocześnie wyłączona z troski. W ostatniej dekadzie w mieście odnowiono wiele z zabytkowej substancji, kościół parafialny z imponującą wieżą również jest zadbany. Miasto prezentuje się o wiele lepiej niż przed trzema dekadami, gdy je bliżej poznałem.

Przykro, że rzeźba Matki Boskiej nadal musi czekać na renowację. Wyobrażam sobie, że odnowiona, otoczona donicami z kwiatami mogłaby być kolejnym punktem, gdzie nie tylko turyści pstrykaliby zdjęcia na pamiątkę.

Gruz, który mówi

Kilka kroków dalej, tuż przed bocznym wejściem do świątyni, natknęliśmy się na niewielkie hałdy gruzu. Są to pozostałości prac przy nowej nawierzchni w bezpośrednim sąsiedztwie kościoła. Na pierwszy rzut oka — zwykły budowlany bałagan, coś przejściowego, co „zaraz zniknie”, choć nie udało się go usunąć przed świątecznymi dniami.

Bliższe przejrzenie się, przekonało mnie, że dobrze że tak się nie stało. Wśród ziemi, kostek brukowych leżały połamane tablice epitafijne. Wykonano je z solidnego piaskowca, z czytelnymi jeszcze fragmentami inskrypcji. Nazwiska, daty, ślady czyjegoś życia w mieście, które przez stulecia nazywało się Habelschwerdt.

To nie były anonimowe kamienie. To były nośniki pamięci, byle tylko zechcieć je odczytać. Czy ich miejsce nie powinno być na murze kościoła, ewentualnie na tzw. starym cmentarzu czy w miejscowym muzeum? Nic nie wskazywało, by zakładano ich zabezpieczenie… Chyba po prostu nie zdążono wywieźć na śmietnisko.

Niewygodne dziedzictwo?

Dziedzictwo historyczne Dolnego Śląska, przynajmniej jego część ciągle określana jako „poniemiecka”, wydaje się znów funkcjonować w stanie zawieszenia: formalnie uznane, symbolicznie tolerowane, praktycznie często ignorowane, a nawet rozmyślnie czy bezmyślnie niszczone.

Wciąż bywa traktowane jako obce, kłopotliwe, niewarte wysiłku ochrony. A przecież jest integralną częścią historii tych miejsc — nie dodatkiem, nie jakimś mało ważnym przypisem, lecz warstwą palimpsestu, bez której opowieść o miastach takich jak Bystrzyca Kłodzka pozostaje niepełna.

Trudno nie zadać sobie pytania, jaka reakcja by nastąpiła, gdyby podobny los spotkał epitafia polskie. Czy mówilibyśmy wtedy o „zwykłym gruzie”? Czy raczej o skandalu, profanacji, naruszeniu depozytu pamięci? Ta asymetria wrażliwości wiele mówi o tym, jak selektywnie podchodzimy do przeszłości.

Cisza przechodniów

Najbardziej niepokojąca była jednak cisza. Ilu ludzi przechodziło tamtędy w tych dniach, nie zwracając uwagi na te pryzmy (nie znalazłem śladu podnoszenia alarmu w sieci)? Ilu widziało, ale nie uznało tego za problem? Obojętność bywa skuteczniejsza niż jawna wrogość.

To ona pozwala na systematyczne znikanie materialnych śladów historii — bez konfliktu, bez debaty, a także bez poczucia straty.

Porządkowanie czy wymazywanie?

Czy naprawdę podczas remontu w tak historycznym miejscu nie przewidziano, że znajdują się w nim zabytki? Czy nie można było od razu ich zabezpieczyć, złożyć w bezpiecznym miejscu? To nie jest zadanie brukarzy, ale przecież jest nadzór techniczny, są miejscy urzędnicy, są także duchowni miejscowej parafii.

Takie działania nie wymagają wielkich nakładów finansowych. Wymagają natomiast świadomości, że „porządkowanie” przestrzeni publicznej nie polega na wymazywaniu przeszłości, lecz na odpowiedzialnym zarządzaniu jej materialnymi pozostałościami.

Nowa nawierzchnia nie usprawiedliwia działań dewastacyjnych.

Granice odpowiedzialności

Mam nadzieję, że sprawa szybko się wyjaśni. Może to tylko efekt przedświątecznego pośpiechu. Niezależnie od intencji wykonawców czy lokalnych decydentów, sytuacja ta powinna zainteresować zarówno dolnośląskiego konserwatora zabytków, jak i policję. Nie po to, by piętnować, lecz by wyznaczyć jasne granice — między modernizacją a dewastacją, między porządkiem a kulturową amputacją.

Kilka zdjęć poniżej. Czasem to właśnie one najdobitniej pokazują, jak łatwo kamień z czyimś imieniem może stać się kolejnym elementem hałdy gruzu.

 

O autorze

Krzysztof Ruchniewicz

professor of modern history, photographer - @blogifotografia, blogger - @blogihistoria and podcaster - @2hist1mikr. Personal opinion

Krzysztof Ruchniewicz

professor of modern history, photographer - @blogifotografia, blogger - @blogihistoria and podcaster - @2hist1mikr. Personal opinion

Newsletter „blogihistoria”

Zamawiając bezpłatny newsletter, akceptuje Pan/Pani zasady opisane w Polityce prywatności. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest możliwe w każdej chwili.

Najnowsze publikacje

Więcej o mnie

Kontakt

Translate »