Złodzieje czasu

Od kilku tygodni jestem w stałym pościgu za kolejnymi zadaniami, sprawami do załatwienia lub chociaż odfajkowania. Jedno zadanie goni u mnie drugie. Niekończąca się lista spraw zaczęła już prowokować pytania, czy czas nie przecieka mi przez palce, czy potrafię sobie organizować pracę. Muszę przyznać, że jednym z powodów moich kłopotów z zarządzaniem czasem jest korzystanie z różnych mediów społecznościowych. Jeśli się chce aktywnie uczestniczyć w różnych debatach, orientować się w wydarzeniach z naszej działki, trzeba na to poświęcić sporo czasu. A może to raczej kwestia pewnej dyscypliny? Jestem fanem technologicznych nowinek i właśnie jedną z nich potraktowałam jako lekarstwo na moje przypadłości. To tzw. focus. Można ustawić w nim godziny korzystania z różnego rodzaju internetowych czy komputerowych rozpraszaczy. Dzisiaj postanowiłem zrobić eksperyment. Już na wstępie przyznaję, że udało mi się podołać wyzwaniom tylko częściowo.

Przed laty zastanawiałem się, dlaczego jeden z moich profesorów wyznaczał godziny na rozmowę telefoniczną. Tak, to były jeszcze te czasy. Wkrótce zaczął raczkować Internet. Pamiętam, jak w połowie lat 90. biegałem do Biblioteki Uniwersyteckiej, by skorzystać z konta mailowego. To była nowinka, która polubiłem w trakcie stypendium w Marburgu. Kolejny etap to modem, z pomocą którego można było uzyskać dostęp do sieci już z domu. Być może są wśród czytelników mojego bloga osoby, które pamiętają ten charakterystyczny zgrzytliwy dźwięk, który zapowiadał pojawienie się na na ekranie monitora listów z dalekiego świata lub zza miedzy.

Profesor, postać bardzo dla mnie ważna, charyzmatyczna, wyznaczył konkretną godzinę wieczorem na rozmowy telefoniczne ze swoimi (współ-)pracownikami. Można było do niego zadzwonić z każdą sprawą, poradzić się, ale uzyskanie numeru telefonu i prawa (a może śmiałości), by go użyć, nie było oczywiste… Poza godzinami konsultacji lub umówionych wcześniej spotkań była to jedyna dodatkowa możliwość komunikacji. Do tego dochodziły jeszcze listy. W moim archiwum zachowały się papierowe listy z pierwszej połowy lat 90. Potem zastąpiły je e-maile. Nie drukowałem ich, a szkoda. Przepadły bezpowrotnie w odmętach sieci. Wprawdzie archiwizowałem je, jednak z powodu stałej aktualizacji systemu, dzisiaj są już nie do odczytania. Znam kolegów, którzy zaradnie drukują najważniejsze listy lub przynajmniej zamieniają je na pdf-y.

Wydawało się, że portale społecznościowe staną się wielką pomocą w udanej komunikacji. Z pewnością tak jest. Praktycznie nie wychodząc z domu, jestem w stanie uzyskać każdą informację. Czytelnik może słusznie w tym miejscu zapytać, w takim razie w czym problem. Co chcę tym samym wyrazić? Oczywiście, rozwoju techniki i komunikowania się nie zastopuję, jednak wydaje mi się (i wielu osobom wcześniej), że konieczna jest głębsza refleksja nad obiegiem tych informacji. Należę do tzw. generacji pomiędzy. Miałem okazję poznać i korzystać z tradycyjnych form komunikowania się, nie mam też problemów z korzystaniem z nowych mediów. Jednak zauważam ogromne zmiany. Coraz bardziej brak mi czasu na „skonsumowanie“ wszystkich tych informacji, irytuje mnie powierzchowność, skrótowość przekazu, lekceważenie pewnych norm i obyczajów związanych niegdyś z korespondowaniem. Przydałby się tak potrzebny dystans.

Opanowany przez takie oto myśli, postanowiłem zrobić pewien eksperyment. Od razu przyznam, że tylko częściowo udany. Skorzystałem z aplikacji „focus“, która umożliwia odłączenie wszystkie „rozpraszaczy“. Mam kilka pilnych spraw do wykonania. Nie ukrywam, że mój krok, o którym powiadomiłem via media społecznościowe, spotkał się ze zdziwieniem. Wskazałem godziny, kiedy będę dostępny „online“. Przez większą część dnia z samozaparciem realizowałem moje zamierzenie. Widzę też pierwsze pozytywne efekty w postaci postępu w lekturach i pisaniu. Po południu musiałem jednak przerwać trwanie w tej wirtualnej pustelni i odpowiedzieć na pilne e-maile (o ich wysłaniu poinformowano mnie przez komórkę, której nie wyłączyłem). Spróbuję jednak stworzyć pewien porządek w moich kontaktach. Na listy będę odpowiadać następnego dnia, jedynie na mniej złożone lub bardzo pilne jeszcze tego samego. Następny etap? Może jakaś zmiana w „ćwierkaniu”?

Autor: Krzysztof Ruchniewicz

Historia najnowsza, badania i nauczanie, historia w przestrzeni publicznej, blog i ... / Zeithistoriker, Lehre und Forschung, PH, Blog und ...

  1. Ryszard Matura

    Bardzo dobry pomysł z godzinami. Pozwala to rownież na konieczną refleksję. Rzeczywiście zalew śmieciowych informacji, śmieciowych, bo jak słusznie Pan napisał powierzchownych, niedopowiedzianych, półprawd.

    Przestrogą może tu być nieszczęsny, zaszczuty Wałęsa, który reaguje mówiąc jego językiem, „na odlew”, i gubi się w swoich nieuporządkowanych, emocjonalnych wypowiedziach. Jest to całkowicie zrozumiałe.

    Życzę powodzenia.

Skomentuj