W ogrodzie Liwii

Po raz kolejny przekonujemy się, że porzucenie głównych tras wycieczkowych może przynieść wiele doznań. Pogoda w Rzymie dzisiaj była kapryśna, na przemian padał deszcz i świeciło słońce. Postanowiliśmy skorzystać z oferty Museo Nationale Romano. Pod tą nazwą kryją się właściwie cztery muzea, które naprawdę warto zwiedzić. Cena biletu wstępu jest bardzo atrakcyjna. Liczba eksponatów zadowoli każdego, nawet wybrednego znawcę sztuki starożytnej. Do tego dochodzą piękne, nowoczesne pomieszczenia i pomysłowe aranżacje przestrzeni wystawienniczej.

Arrow
Arrow
Slider

Muzea rzymskie, taka jest nasza obserwacja, są oszczędne w stosowanie multimediów. Główną atrakcją, i chyba to jest decydujące, mają być po prostu zabytki. Można je oglądać aż do przesytu. Nie mamy więc tu do czynienia z niedostatkiem eksponatów maskowanym bombastycznymi oprawami, a wręcz przeciwnie, z ich nadmiarem, który może nawet po kilku godzinach znużyć. Zawsze jednak można znaleźć coś, co głęboko poruszy, zapadnie w pamięć na długo.

Museo Nationale Romano zaproponowało ciekawą ofertę dla niespiesznych turystów. W ciągu trzech dni można zwiedzić cztery jego oddziały, które zlokalizowano w różnych miejscach. Są to: Palazzo Massimo delle Terme, Terme di Diocleziano, Palazzo Altemps oraz Crypta Balbi. Bilet wstępu kosztuje tylko 7 euro od osoby (trzeba jednak wiedzieć, że część Crypty Balbi jest dostępna jedynie w sobotę). To bardzo atrakcyjna cena, jeśli uwzględni się wcześniejsze nasze koszty. Poza tym w każdym z tych muzeów można do woli fotografować, nikomu to nie przeszkadza.

Elementem łączącym te cztery muzea jest eksponowanie sztuki starożytnej. Wybrano w tym celu renesansowe pałace lub oryginalne miejsca z epoki. Eksponaty są dostępne w przestronnych salach. Przed najcenniejszymi zabytkami ustawiono krzesła, które pozwalają na spokojną ich analizę. W zwiedzanych muzeach zastosowano punktowe oświetlenie, co dodatkowo podkreślało walory zabytków. Dla mnie była to świetna okazja, by poćwiczyć martwą naturę i zdjęcia portretowe. Pozował mi nie byle kto: olimpijscy bogowie lub rzymscy cesarze. Trafił się także jeden mocno doświadczony bokser z brązu i cała kohorta legionistów gromiących barbarzyńców. Chwilą wytchnienia wśród natłoku marmurów była wizyta w malowanym ogrodzie Liwii, żony boskiego Augusta. Patrząc na owocowe drzewa, kwiaty i uwijające się wśród gałęzi kolorowe ptaki można pomyśleć, że mimo upływu tysiącleci, wszelkich odmienności kulturowych, bawią nas, radują i niosą ukojenie te same rzeczy.

Autor: Krzysztof Ruchniewicz

Historia najnowsza, badania i nauczanie, historia w przestrzeni publicznej, blog i ... / Zeithistoriker, Lehre und Forschung, PH, Blog und ...

Skomentuj