Minister wie wszystko

Dzień właściwie chciałem zacząć od czegoś innego. Mam kilka zaległych spraw, jedne gonią drugie. To nic chyba nowego w naszym zawodzie. Po śniadaniu sięgnąłem jednak do prasy. Trafiłem na wywiad z minister edukacji w Gazecie Wyborczej. Ponieważ interesuje mnie przyszłość nauczania historii, postanowiłem bliżej poznać zdanie kierowniczki resortu. W ostatnich miesiącach do opinii publicznej przedzierały się różne informacje o planowanej reformie szkolnej, od zmian strukturalnych (likwidacja gimnazjów), po zmiany programów szkolnych do treści nauczania, zwłaszcza przedmiotów humanistycznych, jak historia. Lektura wywiadu z minister potwierdziła moje wrażenie chaosu, kultu rewolucyjnych zmian za wszelką cenę i sporej niekompetencji.

Przed laty jeden z moich przyjaciół w rozmowie o ugrupowaniach skrajnej prawicy we Włoszech użył sformułowania, które zapamiętałem na zawsze. Na pytanie, dlaczego w telewizji państwowej oddaje się czas antenowy do prezentacji programów przedstawicieli tych ugrupowań, odparł, że to nic zdrożnego, Włosi powinni się dowiedzieć, co mają do powiedzenia przedstawiciele takich czy innych ugrupowań. Tylko w ten sposób mogą sobie wyrobić zdanie, zakazywanie tych wystąpień byłoby kontraproduktywne. Czuć było w tym zaufanie do zdrowego rozsądku ludzi i ich zdolności dokonania właściwego wyboru.

Między poprzednimi a obecnymi władzami naszego kraju istnieje wiele różnic, w tym taka, którą jestem gotów ocenić na plus. Chyba nie mieliśmy jednak poprzednio do czynienia z taką sytuacją, by najważniejsze osoby w państwie z taką ochotą publicznie wypowiadały się często i obszernie na rozmaite tematy, demaskując się przy tej okazji. Czynią to w wywiadach, na konferencjach prasowych, w przemówieniach na politycznych mityngach. Nie trzeba spisku kelnerów, by ujrzeć ich poglądy w pełnym blasku dnia… Wielokrotnie wypowiadane w ten sposób twierdzenia nie mają żadnego oparcia w badaniach, w opinii autorytetów, wchodzą w kolizję ze wszystkim i wszystkimi. Nieraz i rozumem. Wypowiadane są na zasadzie ogłaszania prawdy objawionej, jedynej słusznej, podszytej nierzadko tanim populizmem, a wszelka ich krytyka rodzi co najmniej oburzone zdziwienie ich autorów. Co najwyżej, jeśli jest na tyle ostra i zdecydowana, że może oddziaływać na poglądy szerszych warstw społecznych, na drugi dzień premier je dezawuuje, twierdząc z pełnym przekonaniem, że nikt tak naprawdę tego nie mówił i nie ma zamiarów niczego takiego realizować… Ze zmianami w oświacie chyba jednak tak nie będzie.

Wywiad z minister edukacji jest jednym z przykładów takich działań. Jego treść budzić może poważne zaniepokojenie poziomem merytorycznym osób kierujących edukacją. Minister, z zawodu nauczycielka w liceum w małym mieście, od ponad siedmiu lat polityk parlamentarny reprezentuje akcjonizm, który każdemu może odebrać dech w płucach. W jej wizji resortu stale się coś dzieje, coś się zmienia, konsultacje nie ustają na minutę, a wszystko zostanie zmienione. Wypowiada się przy tym z nieomylną i niepodważalną pewnością. Zna odpowiedzi na wszystkie pytania, a jeśli pojawiła się jakaś wątpliwość, to ochoczo i bez konkretów odwołuje się do opinii mitycznych 2 tys. osób, z którymi je konsultuje. Ostatnim argumentem jest jej doświadczenie jako matki, której córki przeczytały „całego Mickiewicza“ w wieku 12 lat. Całego? Nie chcę mi się już wypowiadać na temat wyobrażeń minister o historii i jej roli we współczesnym świecie, bo jej wiedza historyczna, sposób postrzegania mojego fachu, jest po prostu poniżej krytyki. Rozróżnienie faktów i ich interpretacji robi jednak wrażenie. Można z tego wywnioskować, że wszystko, co nie będzie się mieściło w malowanym cudnymi barwami obrazie naszych dziejów będzie ledwie jedną z wielu interpretacji.

Choć wszystko to już nuży, męczy i nudzi, bo ile można?, to jednak reagować trzeba. W przypadku zmian w oświacie sprawą taką jest dążenie państwa do ujednolicenia programów, wyprodukowania jednego obowiązującego podręcznika. To podważenie całego wysiłku tworzenia nowej jakości w edukacji, powrót do czasów komuny i sterowania wiedzą. Pomysły na politykę historyczną nowej władzy są znane i z pewnością podręczniki mają być jej instrumentami. Czy zmiana ma polegać na mocnym wychyleniu wahadła w drugą stronę, na przeskakiwaniu z bieguna na biegun? Niewątpliwie potrzebne dyskusje, konieczne zmiany w polskich szkołach zostają wpisane w jakiś ogromny projekt radykalnej politycznej przebudowy wszystkiego i wszędzie, od stadniny koni po ogólniaki. Pędzimy, gnamy, wykrzykujemy hasła, lekceważymy inne zdanie, bo już w czerwcu muszą zapaść decyzje. Niby dlaczego? Decydujemy o losach procesu, który trwał wiele lat, który wiele kosztował, pieniędzy i wysiłku nauczycieli, urzędników, rodziców i pokoleń uczniów. Czy decyzje naprawdę muszą być podejmowane na chybcika? Osławione „100 dni rządu“ już za nami i chyba czas najwyższy przysiąść w kącie i przemyśleć co nieco.

Autor: Krzysztof Ruchniewicz

Historia najnowsza, badania i nauczanie, historia w przestrzeni publicznej, blog i … / Zeithistoriker, Lehre und Forschung, PH, Blog und …

  1. Krzysztof Kawalec

    Ale w gruncie rzeczy co się stało? Zamknięto szkoły? Usunięto z nich naukę języków obcych? Czy w ogóle stało się coś alarmującego poza tym, że urzędująca minister edukacji udzieliła wywiadowi pismu, z którym – wiem to z własnego doświadczenia – ciężko się potem negocjuje ostateczny kształt własnej wypowiedzi? Nie! A zatem… Na pewno nie jest dobrze, gdy urzędnicy mówią w sposób nie zadowalający intelektualistów. Zamiast uspokajać, pogłębiają niepokój co do kierunku, w którym pójść może edukacja. Zanim jednak sięgniemy po kamień, aby nim rzucić, proponuję zadać sobie pytanie, czy odpowiada nam obecny kształt oświaty. Można także sięgnąć do pamięci i przypomnieć sobie, jak wyglądały studia historyczne jeszcze nie tak dawno. A z czym przychodzą na studia młodzi ludzie dzisiaj. I co, naprawdę powinno zostać tak, jak jest?

  2. Wydaje mi się, że obecna władza liczy na wspomniane przez Pana znużenie i następującą po nim rezygnację z protestu. Wszyscy powoli mamy dosyć tych rządów dyletantów, a jeszcze bardziej ich buty i przeświadczenia o „dobrej zmianie”.

  3. Przemysław Wiszewski

    To już nie jest śmieszne, to jest katastrofa edukacyjna, kulturowa i cywilizacyjna! Zamiast wolności myślenia, dyscyplina i słuszna linia. Jak minister edukacji, nawet ze Świebodzic, może pleść takie androny!!!!! Jestem załamany patrząc, jak marnuje się kolejne szanse naszych dzieci. Boże, ukształtowani tą papką patriotyczną one będą się czuły bezpiecznie w świecie? Zderzą się z nim, poranią i wpadną w resentymenty oparte o emocje. Ręce opadają, mózg się wyłącza…

Skomentuj