Wokół nazw

Mój niedawny tekst poświęcony podwójnemu nazewnictwu polsko-niemieckiemu wywołał różne reakcje. Obok głosów potwierdzających mój sposób oglądu, znalazły się także głosy krytyczne. Autor jednego z nich uznał, że temat „obśmiałem“, nie traktując go „rzeczowo“. Jego zdaniem problem nazw miejscowości reguluje konwencja wiedeńska o ruchu drogowym. Ponieważ moje teksty staram się pisać w rzeczowym tonie, choć – jak zauważono – nie rezygnuję z tonu polemicznego, postanowiłem raz jeszcze wrócić do tematu. Z pomocą przyszły mi koleżanki i koledzy, którzy wcześniej zajmowali się tym problemem. Zasięgnąłem też informacji w niektórych instytucjach. Wszystkim dziękuję za ekspresowo okazywaną pomoc. Wpis „Przydrożne refleksje“ – pomyślany jako kpina z rewelacji jednej z gazet – otrzymał podbudowę merytoryczną, która potwierdza jedynie moje wcześniejsze rozważania.

Nie chcę przypominać treści mojego wcześniejszego wpisu, mając nadzieję, że nie wpadł jeszcze w odmęty czytelniczej niepamięci. Wywołał szereg reakcji, za które dziękuję. Bardzo cenię sobie możliwość polemiki, choć zwykle bronię w niej do upadłego swego zdania. Tak będzie i w tym przypadku. Jeden z moich czytelników uznał, że temat „obśmiałem“, miast go „rzeczowo“ potraktować. Mój adwersarz powołał się na potwierdzenie swego stanowiska na konwencję o ruchu drogowym z 1968 r. (tzw. konwencją wiedeńską)

Bliższe zapoznanie się z tekstem konwencji, której tekst dostępny jest w necie, dowodzi jednak, że nie da się jej zinterpretować tak, jak uczynił to mój adwersarz. “Niemcy nie łamią prawa międzynarodowego umieszczając dwujęzyczne – skomentował inny uczestnik dyskusji –  nazwy na drogowskazach. Zgodnie z konwencją mogliby używać zresztą wyłącznie nazw niemieckich. Jedynie państwa strony konwencji posługujące się alfabetem innym niż łaciński, mają obowiązek umieszczania transliteracji łacińskiej, ale już np. konwencja nie określa, czy ma to być transliteracja francuska, czy angielska…“. 

Konwencja wiedeńska nie może więc stać się argumentem przeciwko tablicy spod Cottbus, co musiał – po przedstawieniu rzeczowym jej treści – uznać także mój adwersarz. Nie dał się jednak przekonać całkowicie. W jego opinii Niemcy i tak łamią tą konwencję, bo Wrocław napisano nieco mniejszą czcionką niż Breslau. Postanowiłem więc jeszcze trochę podrążyć temat, korzystając z kilku spokojnych chwil końca wakacji. W pamięci kołatało mi się dość mgliste wspomnienie pewnego tekstu w tej sprawie, który czytałem wiele lat temu. 

Z pomocą moich koleżanek i kolegów udało się szybko dotrzeć do poszukiwanych informacji. Nie dotyczą one jednak używania nazw na drogowskazach. Podjęte zostały natomiast ogólne sprawy dotyczące nazewnictwa. Na ten temat pisał już przed wielu laty prof. Jan Barcz we wstępie do wyboru źródeł pt. „Polska-Niemcy. Na drodze ku porozumieniu i pojednaniu” (1990). Przywołał tam ustalenia ministerstw sprawiedliwości obu krajów. Zainteresowanych czytelników odsyłam do tej publikacji. Zgodnie z uzyskanymi informacjami strona niemiecka w obrocie dokumentów cywilno-prawnych może podawać historyczną nazwę miejscowości, a w nawiasie przytoczyć obecną polską nazwę. Z tej regulacji wyłączono nazwy niemieckie wprowadzone po 1933 r. w ramach usuwania przez nazistowskie Niemcy śladów słowiańskich w onomastyce. Ale to oczywiście nie jest przypadek Wrocławia.

Autor: Krzysztof Ruchniewicz

Historia najnowsza, badania i nauczanie, historia w przestrzeni publicznej, blog i ... / Zeithistoriker, Lehre und Forschung, PH, Blog und ...

Skomentuj