Polski kamyk do niemieckiej mozaiki 1989 r.

Rok 1989 był dla mnie przełomem w zainteresowaniach Niemcami i problematyką niemiecką. W tym roku poznałem kilkoro obywateli NRD i RFN, którzy wywarli na mnie duże wrażenie, a nawiązane wtedy przyjaźnie trwają do dzisiaj. Niejako w tle tych licznych spotkań i rozmów rozgrywały się ważne wydarzenia dla Polski i Niemiec. „Rozmowy okrągłego stołu“, wybory czerwcowe do parlamentu i wybór pierwszego po 1945 r. niekomunistycznego premiera, Tadeusza Mazowieckiego, demonstracje w NRD, aż w końcu zburzenie muru berlińskiego. Los sprawił, że stałem się świadkiem tych ostatnich wydarzeń.


Foto: Notatki do wykładu (1989).

W 1989 r. studiowałem w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Wrocławskiego. Byłem już na trzecim roku. Problematyką niemiecką interesowałem się od dłuższego czasu. Skończyłem we Wrocławiu liceum z poszerzonym językiem niemieckim, jednym z głównych przedmiotów maturalnych był właśnie ten język (zamiast obligatoryjnej gdzie indziej matematyki). W odróżnieniu od Górnego Śląska, gdzie nauka języka niemieckiego, także studia były  przez władze komunistyczne reglamentowane (obawiano się wzmacniania mniejszości niemieckiej), na Dolnym Śląsku nie było większych problemów z rozwijaniem takich zainteresowań. Trzeba przypomnieć, że po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 r. na kilka lat znacznie ograniczono wyjazdy zagraniczne. Dotyczyło to nie tylko państw zachodnich, lecz także tzw. demoludów. Do NRD można było wyjechać jedynie po uzyskaniu zaproszenia i potwierdzenia posiadania środków finansowych na utrzymanie. Uczenie się języka miało więc charakter pasywny, o zastosowaniu go w praktyce, w kontaktach międzyludzkich nie było mowy.


Moje dość skromne zainteresowania Niemcami i problematyką niemiecką postanowiłem rozwijać na studiach. Zgłosiłem się na seminarium prof. Wojciecha Wrzesińskiego, jednego z najlepszych polskich niemcoznawców. Nie zawiodłem się, mogłem swobodnie wybrać temat pracy magisterskiej, a nasz opiekun naukowy popierał moje pierwociny badań. Poświęciłem je początkom komisji podręcznikowej utworzonej przez RFN i PRL


By napisać  wartościową, źródłowo zakotwiczoną pracę, musiałem udać się do RFN. Nie była to taka prosta sprawa. Z pomocą przyszedł przypadek. Na początku czerwca 1989 r. wziąłem udział we Wrocławiu w konferencji naukowej poświęconej różnym odłamom niemieckiej opozycji antyhitlerowskiej, szczególnie Kręgowi z Krzyżowej. Poznałem tam wiele bardzo interesujących osób, z sympatią odnoszących się do studenta, który może jeszcze niewiele wiedział, ale wykazywał szczere chęci poszerzenia wiedzy. Byli wśród nich Niemcy z obu państw niemieckich. Otrzymałem pierwsze zaproszenia. Klaus Matussek, nauczyciel historii, autor publikacji, pracownik naukowy Centrum Pedagogicznego z Berlina Zachodniego postanowił mi pomóc w przyjeździe.  


Do Berlina Zachodniego Polacy mogli wyjeżdżać bez zaproszeń już od 1988 r. Chciałem jednak zatrzymać się także na krótko w Berlinie Wschodnim. Z pomocą przyszła mi teolog, Esther-Marie Ullmann-Goertz, którą poznałem także w czasie konferencji we Wrocławiu. Do dziś pamiętam jej radość, że są realne możliwości mojego wyjazdu do Berlina Zachodniego. Nikt nie miał świadomości, że za pół roku nie będzie to już taki rzadki i nadzwyczajny przypadek. Esther-Marie i jej mąż, pastor, Joachim Goetz – jak się potem okazało – byli współzałożycielami nowej partii, Sozialdemokratische Partei in der DDR i organizacji Solidarische Kirche. Na drogę  wręczyli mi sporo ulotek różnych organizacji, które wtedy powstawały jak grzyby po deszczu.


W Berlinie Wschodnim wrzało. Życie ulicy, inicjatywy obywatelskie coraz bardziej rozchodziły się ze światem oficjalnym, zdominowanym jeszcze przez SED. Postanowiłem obejrzeć wystawę z okazji 40 lecia NRD, którą otwarto w Zeughaus. Jakie było moje zaskoczenie gdy zobaczyłem, że powstaniu ludowemu w NRD nie poświęcono niemal miejsca, podobnie jak budowie muru berlińskiego. A za oknami muzeum słychać było okrzyki demonstrujących. W jednej z takich demonstracji wziąłem nawet udział. Po powrocie z Berlina Zachodniego uczestniczyłem w seminarium, na które zaprosiła mnie Esther-Marie. Wtedy też mogłem poznać przedstawicieli opozycji enerdowskiej, rozmowy z jednym z jej przedstawicieli, gorącym orędownikiem poprawy relacji polsko-niemieckich, Ludwigiem Mehlhornem, zapamiętam na zawsze. Wtedy też otrzymałem od niego niewielką książeczkę polskiego socjologa Jana Strzeleckiego, którą przetłumaczył i wydał w drugim obiegu. Do Wrocławia wróciłem wtedy z wieloma wrażeniami. Postanowiłem się nimi podzielić z koleżankami i kolegami w Instytucie. Na podstawie przywiezionych materiałów wygłosiłem pierwszy referat o opozycji enerdowskiej i jej programie. Pamiętam, że  doszło do ciekawej dyskusji. Padały pytania o wydarzenia w NRD, relacje polsko-niemieckie. Wtedy też pojawiła się sprawa zjednoczenia Niemiec i ich konsekwencji dla Polski. 


Do Berlina przyjechałem ponownie na początku listopada. Nic właściwie nie zapowiadało wydarzeń, w których wkrótce miałem wziąć udział. Najpierw zatrzymałem się u Esther-Marie, potem udałem się do Berlina Zachodniego. Pracowałem w bibliotece państwowej. Jednego dnia wracałem z Klausem Matusskiem po pracy do domu. Przywitała nas jego żona, Karen, rzuciła mu się z płaczem na ramiona. Byłem trochę zaskoczony, chciałem się wycofać. Klaus kazał mi zostać. Szybko wyjaśnił się powód jej stanu. Tego dnia poinformowano o otwarciu muru. W telewizji można było zobaczyć pierwsze reakcje berlińczyków. Przyznaję, że nie bardzo zrozumiałem, o co chodzi. Kilka dni wcześniej przekraczałem granicę na Friedrichstrasse. Kontrola mojego bagażu odbywała się drobiazgowo jak zawsze, pogranicznicy nie wyglądali na czymś zaniepokojonych. Z emocji nie mogliśmy spać przez całą noc. 


Następnego dnia wracałem już do Wrocławia. Przejście graniczne na Friedrichstrasse wyglądało całkiem inaczej. Po przeciwnej stronie obywatele NRD wręcz je szturmowali, chcąc jak najszybciej znaleźć się na zachodzie. Nas, wracających na wschód, pokierowano bocznymi korytarzami. Do dzisiaj zapamiętałem  enerdowskiego pogranicznika, który zapytał, czy mam przy sobie wschodnie marki (do Berlina Zachodniego Polacy mogli wyjeżdżać tranzytem przez NRD, ale nie mogli zatrzymywać się dłużej na terenie tego państwa). Wymigałem się jakoś od odpowiedzi. Przed odjazdem pociągu z dworca Berlin Lichtenberg do Wrocławia było sporo czasu. Można wtedy było pójść na „piwo“  do baru dworcowego i wydać owe marki wschodnie. 


Dopiero po przyjeździe do Wrocławia uzmysłowiłem sobie wagę wydarzeń,  które obserwowałem. Do Niemiec wracałem  w następnych miesiącach jeszcze wielokrotnie. Za każdym razem przynosiły mi te podróże nowe wrażenia. Poznawałem coraz więcej osób. Część z nich została mymi przyjaciółmi. Pewnym zwieńczeniem tego okresu moich spotkań z Niemcami było uczestniczenie na rynku w Bonn 3 października 1990 r. w uroczystości zjednoczenia Niemiec.


Autor: Krzysztof Ruchniewicz

Historia najnowsza, badania i nauczanie, historia w przestrzeni publicznej, blog i ... / Zeithistoriker, Lehre und Forschung, PH, Blog und ...

Skomentuj