Pamięć przymusowych migracji

Jednym z tematów historycznych, który w relacjach polsko-niemieckich często się pojawia, jest II wojna światowa i jej skutki. Tak było w pierwszych dekadach po wojnie, tak jest też i dzisiaj. Tamte wydarzenia wpłynęły w zdecydowany sposób na oba narody i przez dziesięciolecia warunkowały ich wzajemne relacje. Odczuwalne było to na płaszczyźnie politycznej, ale i w doświadczeniach zwykłych ludzi. Niemal każda rodzina po obu stronach Odry została w mniejszym lub większym stopniu naznaczona przez tamtą wojnę. Bezpośrednia pamięć o niej w ostatnich latach staje się coraz słabsza wskutek odchodzenia świadków i uczestników wojennych wydarzeń. Pamięć „komunikacyjna“ ustępuje miejsca „kulturowej“ . Następuje pogłębienie procesu przekształceń obrazu wojny i pamięci o niej. Służą temu m. in. duże projekty muzealne.  Ustąpienie dyrektora niemieckiej Fundacji „Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie“ na nowo postawiło pytanie o niemiecką pamięć o II wojnie światowej, przymusowych migracjach i sposobach pokazywania tej tematyki.


Problem ukazania przymusowych migracji Niemców w końcowych miesiącach wojny i pierwszych latach powojennych i sposobów ich upamiętnienia nie jest tematem nowym. Zajmowano się nim przed 1989 r., choć z różną intensywnością i – zwłaszcza po polskiej stronie – ograniczeniami. Nie chcę w tym miejscu przytaczać różnych stanowisk sprzed 1989 r., są one dobrze znane w literaturze przedmiotu. Ważne w tym miejscu wydaje mi się jednak przypomnienie, że w Polsce w drugiej połowie lat 80. XX wieku zwrócono uwagę na cierpienia niemieckiej ludności cywilnej, którą zmuszono do opuszczenia jej małej ojczyzny. Jeden z uczestników tamtej dyskusji, członek ruchu oporu okresu II wojny, stwierdził, że nie wstydzi się tego, że wysiedlał Niemców, bo to uważał za sprawiedliwe, lecz tego, jak to czynił. Można chyba stwierdzić, że dostrzeganie ludzkiego wymiaru wysiedleń Niemców po 1945 r. stało się jednym z wyróżników polskich badań historycznych. W pierwszej połowie lat 90. XX wieku ukazało się dużo publikacji na temat wysiedlenia Niemców, tak ogólnych, jak i o charakterze regionalnym. Doniosłe znaczenie dla dalszych badań polsko-niemieckich i zbliżenia stanowisk miał projekt wydania polskich dokumentów na ten temat pod redakcją historyków z Polski i Niemiec, Włodzimierza Borodzieja i Hansa Lemberga.

Dostrzeżenie krzywdy pojedynczych osób, które stawały w obliczu sytuacji bez wyjścia, stało się elementem wypowiedzi polityków i publicystów. Mówił o tym w Bundestagu Władysław Bartoszewski jako minister spraw zagranicznych III RP, a redaktor „Kultury“, Jerzy Giedroyć apelował do polskich i niemieckich wypędzonych o wzajemne opowiadanie sobie historii osobistych, w czym widział  warunek pojednania i zbliżenia. Przez całe lata 90. toczono – z różnym natężeniem – debatę w Polsce w tej kwestii. Zapis jej części opublikowano, zbierając w formie książkowej najważniejsze głosy publicystów, polityków i zwykłych obywateli. Pozycję tę udostępniono  także niemieckiemu czytelnikowi, jednak nie znalazła ona większego zainteresowania. Dzisiaj publikacja ta dostępna jest jedynie antykwarycznie.

Z pewnością dla strony polskiej, dla której rozmowa o tym wiązała się z wielkimi emocjami i przekraczaniem granic pewnego tabu, mizerna reakcja w Niemczech była rozczarowująca. Apel redaktora „Kultury“ do dzisiaj nie został zrealizowany w szerszy sposób. Czym tłumaczyć to głębokie zainteresowanie w Polsce lat 90. problematyką wysiedleń Niemców? Odpowiedzi może być kilka. Jedną z nich to próba usunięcia tzw. białych plam z powojennej historii Polski. Uważano wtedy, że nie sposób budować dobrosąsiedzkich relacji bez krytycznego spojrzenia na własną historię, a na stosunki z sąsiadami w szczególności. Było to dość odważne – jak na polską tradycję i przyzwyczajenia – podjęcie dyskusji wokół własnego wyobrażenia Polski i Polaków, w których dominował mit niewinnej ofiary. Na relacjach polsko-niemieckich cieniem kładły się nie tylko straszne skutki okupacji Polski, ale i  problem usunięcia Niemców z ziem przyznanych w 1945 r. czy późniejszych losów niemieckiej spuścizny kulturowej na tych obszarach.

Z perspektywy lat wydaje się, że taki sposób widzenia przeszłości polsko-niemieckiej, w którym skupiono się na sprawach bolesnych i trudnych, uwzględniając odniesienia moralne, był potrzebny i słuszny. Relacje polsko-niemieckie znacznie się poprawiły. Otwartość, chęć dialogu umożliwiły rozkwit najrozmaitszych dwustronnych działań. Powstało wiele inicjatyw lokalnych na ziemiach zachodnich i północnych, które postawiły sobie za cel upowszechnienie wiedzy o historii przed 1945 r. i uratowanie zagrożonych zniszczeniem fragmentów kultury materialnej tych regionów. Często w inicjatywach tych uczestniczyli byli niemieccy mieszkańcy. Przykład Wrocławia jest tutaj bardzo charakterystyczny.

Ten sposób traktowania niedawnej przeszłości wywoływał czasem w kraju sąsiada kontrowersje (oto Polacy zawłaszczają niemiecką przeszłość), ale także nad Wisłą czasami można było spotkać się z krytycznymi ocenami (regermanizacja zachodu Polski). Z punktu widzenia moich rozważań nie to jednak jest ważne. Niewątpliwie słuszne, potrzebne i efektywne działania na wyżej wspomnianym polu przesłoniły bowiem inne tematy. Bardzo wyraźnie spadło zainteresowanie dalszymi badaniami nad okupacją niemiecką. Sam temat, silnie eksploatowany w okresie PRL, teraz wydał się mało interesujący, także naukowo. Pojawiło się przekonanie, że właściwie już wszystko na ten temat wiadomo. Młodzi badacze podejmowali o wiele chętniej studia nad okupacją radziecką, czy relacjami Warszawa-Moskwa po 1939 r. Z drugiej jednak strony, inwestując tak wiele w badania nad położeniem Niemców w Polsce po wojnie, analizę polityki narodowościowej PRL, czy studia nad dziedzictwem kulturowym Polski Zachodniej i Północnej, nie zdołano chyba należycie upowszechnić efektów tego – tak w sferze naukowej, jak i społecznej – w Niemczech.

Mając na uwadze właśnie te polskie osiągnięcia, łatwiej zrozumieć irytację a  rychło także gniew, jaki w Polsce wywołała propozycja utworzenia Centrum przeciwko Wypędzeniom i roszczenia materialne wysunięte wobec Warszawy przez pewną najbardziej radykalną część niemieckich wysiedlonych. Powstało przekonanie, iż Niemcy nie doceniają  wysiłku Polaków, by rozliczyć tamte wydarzenia, a nawet że polskie akty ekspiacji traktują tylko jako pretekst do maksymalizacji żądań politycznych. Dodatkowo propozycja utworzenia pod auspicjami Związku Wypędzonych (BDV) centralnej placówki muzealnej zbiegła się z dyskusjami w Niemczech na przełomie  stuleci o sposobie upamiętnienia niemieckich ofiar II wojny światowej. Publikacje na temat niemieckich cierpień cieszyły się ogromną popularnością (Günter Grass, Jörg Friedrich i inni), filmy przyciągały miliony widzów, co dość łatwo było zdefiniować jako dążenie Niemców do relatywizacji historii. Konflikt polsko-niemiecki na obszarze historii i jej współczesnego funkcjonowania wydawał się nieunikniony. Czym tłumaczyć ten nagły – a w opinii zewnętrznych obserwatorów niebezpieczny – zwrot ku zagłębianiu się przez Niemców ww własnych krzywdach i cierpieniach? Był to bez wątpienia jeden z elementów transformacji niemieckiego społeczeństwa po zjednoczeniu, ale także efekt zmieniającej się pamięci, być może zużycia się również pewnych klisz służących do przedstawiania historii lat 30. i 40. XX w. Po raz pierwszy dopiero po 1990 r. wszyscy Niemcy, dotąd podzieleni na dwa państwa, zyskali możliwość wspólnej dyskusji o przeszłości. Na sile przybierało również zjawisko ujmowania historii głównie z perspektywy oddolnej, poprzez historie rodzinne i osobiste, siłą rzeczy pełne emocji i sugestywnych obrazów. Niemcy jako naród wypędzonych i ofiar, a nie tylko prześladowców i katów  okazał się także nośny społecznie, czego szybko dowiodła zawartość półek księgarskich.

Dla części wysiedlonych niesprawiedliwy był fakt, że w Niemczech nie istnieje centralne miejsce upamiętnienia ich losów. Pamięć o nich, mimo istnienia od dekad szeregu instytucji naukowo-archiwalnych, lokalnych miejsc pamięci, bogatej literatury z roku na rok słabła. Tu także następowało przejście z pamięci ustnej,  generacyjnej na pamięć materialną, zrytualizowaną. Aktywnie chcieli uczestniczyć w tym sami wysiedleńcy, widząc jako swój obowiązek czuwanie nad zabezpieczeniem w tej nowej postaci najważniejszych elementów swej grupowej tożsamości. Te oczekiwania trafnie odczytała Erika Steinbach, ówczesna przewodnicząca Związku Wypędzonych, która z dużą konsekwencją i uporem – wbrew ostrej krytyce ze strony części krajów Europy Środkowo-Wschodniej i części niemieckiej opinii publicznej – realizowała te pragnienia. Szybko udało jej się włączyć temat wysiedlonych do głównego nurtu dyskusji w niemieckiej przestrzeni publicznej, zorganizować pierwsze wystawy w ramach projektowanego Centrum. Krytyka jej działań, jaka płynęła z Polski i innych krajów sąsiedzkich, początkowo wzmacniała jej pozycję w polityce wewnętrznej Niemiec i umożliwiała realizację kolejnych zamierzeń.

Jednak działania szefowej BDV z narastającą rezerwą były obserwowane przez władze RFN. Krytyka ze strony polskiej groziła pogorszeniem się relacji z coraz ważniejszym partnerem, w stosunki z którym zainwestowano już bardzo wiele. Po raz kolejny historia mogła wpłynąć negatywnie na ich stan, choć wydawało się, że po serii pewnych politycznych gestów odnoszących się do sfery historii, sprawy te zostały już zamknięte. Zaczęto więc szukać kompromisu między oczekiwaniami części niemieckiego społeczeństwa, by los Niemców z byłych prowincji wschodnich godnie upamiętnić, a potrzebami relacji politycznych. Utworzono alternatywną instytucję do Centrum za proponowanego przez E. Steinbach, Fundację „Ucieczka, Wysiedlenie, Pojednanie“. Szefowa BDV uznała to jednak za duże zagrożenie dla swoich projektów. Nie ustawała w wysiłkach, by jej organizacja w sposób znaczący była reprezentowana w gremiach nowej instytucji. Mimo iż jej samej nie udało się tam znaleźć, w radzie fundacji zasiadło sześciu członków BDV (co ciekawe jej członkiem był i nadal jest obecny szef BDV, Bernd Fabricius, czego nie skomentowano dotąd w mediach!).

Pierwsze lata pracy Fundacji nie były łatwe. Wskutek rezygnacji niektórych członków, m. in. prof. Tomasza Szaroty, zmienił się skład rady naukowej, gremium doradczego Fundacji i Rady fundacji. By projekt można było realizować w atmosferze dialogu z innymi państwami, postanowiono wybrać nową, poszerzoną radę. Zaproszono do niej dwóch polskich naukowców (w tym piszącego te słowa). Nowa rada musiała jednak przejąć koncepcję przyszłej wystawy i dalej nad nią dyskutować. Powoli wypracowano jej skorygowany kształt, choć zapewne etap dyskusji jeszcze będzie trwać. Rozpisano konkurs na przebudowę budynku, zakupionego na siedzibę Fundacji i miejsce ekspozycji wystawy poświęconej przymusowym migracjom w XX wieku. W takim właśnie szerokim kontekście historycznym ma być pokazane usunięcie ze wschodu milionów Niemców.

Bilans pracy Fundacji wzbudził jednak kontrowersje i to wewnątrz niej.
Zwrócono na ten problem uwagę w czasie ostatniego posiedzenia rady naukowej. Negatywna ocena pracy kierownictwa Fundacji przez radę naukową wymusiła istotne zmiany. Otwarcie wstępnej (zapowiadającej) wystawy w Muzeum Historii Niemiec bez wiedzy i opinii członków rady naukowej doprowadziło do poważnego kryzysu wewnętrznego. O sporze rady z kierownictwem Fundacji wypowiedziałem się ostatnio w wywiadzie dla tygodnika „Newsweek“. Minister kultury  Monika Gütters, jednocześnie przewodnicząca rady politycznej Fundacji, przekonała jej członków, by wzięli pod uwagę stanowisko rady naukowej i w efekcie zadecydowali o zmianie na stanowisku dyrektora Fundacji. Prof. Manfred Kittel musiał ustąpić, jego miejsce zajmie naukowiec wyłoniony w drodze konkursu. Rada naukowa nie odegrała roli „listka figowego“ dla działań Fundacji, co po jej powołaniu często zarzucali krytycy. Zgłoszone przez nią pod adresem kierownictwa Fundacji merytoryczne zarzuty zostały poważnie potraktowane i przedyskutowane na forum rady politycznej Fundacji. Za zmianami, co warto pokreślić, było 14 na 15 członków rady naukowej. Trudno więc doszukiwać się w tych wydarzeniach – jak to formułowali niektórzy dziennikarze – „spisku lewackich historyków“. W krytyce poczynań kierownictwa Fundacji nie uczestniczyli  tylko jej zagraniczni członkowie, lecz właściwie wszyscy.

Jaka jest dalsza przyszłość tego projektu? Jakie są plany Fundacji? Już wkrótce będzie można poznać jakieś konkretne rozwiązania, a nie tylko projekty. Podstawą działania jest statut Fundacji. Czekają nas być może zmiany także w gremiach Fundacji. Kończy się bowiem pierwszy pięcioletni okres zasiadania w jej obu radach. Jedno jest jednak pewne. Fundacja aktywniej włączy się do debaty międzynarodowej na temat sposobów ukazania i upamiętnienia przymusowych migracji w XX wieku. Jest to poważne wyzwanie. W tej debacie nie powinno zabraknąć także polskiego głosu.

Zob. także Spór wokół Fundacji (medialne echo).

 

 

 

 

Autor: Krzysztof Ruchniewicz

Historia najnowsza, badania i nauczanie, historia w przestrzeni publicznej, blog i ... / Zeithistoriker, Lehre und Forschung, PH, Blog und ...

Skomentuj