Między narracją a opowieścią

Obrazy ostatnich miesięcy nie dają mi spokoju. Tzw. narodowa historia wylewa się z nich wezbranym potokiem. Przypomina to jeden z obrazów Jacka Malczewskiego „Melancholia“. Pędzel artysty maluje kolejne zastępy Polaków walczących o wolność. Idą w kierunku światła, droga jest długa, pełna zagrożeń, tylko nieliczne postacie, u kresu życia docierają na przedpola krainy wyzwolenia. Tu drogę im jednak zagradza czarno odziana Melancholia… Daremny trud, próżne żale? I jak o tym opowiadać? Pytanie o narrację historyczną staje się hasłem dnia. Jaka powinna być? Jakiej opowieści potrzebują słuchacze i jak się do tego mają trendy w historiografii?

Obrazy Jacka Malczewskiego ciągle mogą być zaczynem poważnej dyskusji o naszej historii, skłaniają do refleksji, które każą wątpić, podważać obrazki malowane w barwach czarno-białych. Niepokoją. Lepiej już powiesić na ścianie reprodukcję Kossaka. Od razu jakoś bardziej krzepko się czujemy, oglądając kolejnych ułanów na widecie. Wokół nas wylew (początkowo chciałem użyć słowa zalew) różnego rodzaju tematów i symboli narodowych. A wszystko jasne, proste i jednoznacznie objaśnione. Wystarczy przejść się pierwszą lepszą ulicą jednego z większych miast. Co rusz natrafimy albo na sklep z odzieżą patriotyczną, albo na grafitti z wymalowanymi żołnierzami wyklętymi (czasem z wilkiem). Wielką popularnością cieszą się różne rekonstrukcje historyczne. Ostatnio wykorzystano dziarskich młodzieńców ubranych w mundury Wehrmachtu do reklamowego spotu Uniwersytetu Wrocławskiego.

Można czasami odnieść wrażenie, że historia zawodowa/akademicka przestała odgrywać jakąkolwiek rolę w tym festiwalu pięknych pieśni o narodowych dziejach. Historia w jej popularnym wydaniu potrzebna jest do zaspokojenia ludystycznych oczekiwań części społeczeństwa. Ej, Polacy złoci ptacy… Przekaz historyków, którzy w znacznym stopniu wpływali jednak wcześniej na kształt świadomości historycznej poprzez w miarę spójną, osadzoną w źródłach narrację, stracił na atrakcyjności. Wokół pełno dzieł z gatunku pophistorii, na półkach kiosków magazyny historyczne, a właściwie „ciekawostkowe“. Co możemy dzisiaj zaproponować? Jakie tematy nas interesują i czy interesują też szersze grono czytelników? Lata 90. i pierwsze dziesięciolecie XXI wieku – jak się wydaje – były próbami dogonienia metodologicznie Zachodu. Nadrabiano wszystko, w bardzo krótkim czasie. Modnym określeniem stały się różnego rodzaju „turn’y“. Publikowano mniej lub bardziej udane studia. Takim nurtem bez wątpienia są wszelkie badania nad pamięcią czy tzw. historią drugiego stopnia. Szybko takie publikacje zaczęły zapełniać kolejne półki biblioteczne.

Z biegiem czasu to co nazwano tradycyjną historiografią stało się czymś niemal wstydliwym, a przynajmniej niemodnym. Nie oznacza to oczywiście, że wszyscy historycy odrzucili dotychczasowy warsztat i z zapałem zaczęli pielęgnować nowe ogródki. Spod ich pióra wychodziły kolejne ważne studia, które – mimo upływu lat – nie straciły na swej świeżości i głębokim ujęciu. Jednak nie były one doceniane w ogólnym oglądzie. Forsowanie różnych wycinkowych podejść do historii powodowało też rezygnację ze spójnego obrazu dziejów. Dyskusje wśród części historyków rozmijały się więc z oczekiwaniami społecznymi. Widoczne to jest właśnie dzisiaj na ulicach. Dużym dla mnie zaskoczeniem było znalezienie informacji, że to nie szkoła – tradycyjne miejsce pozyskiwania wiedzy historycznej – a trybuny stadionów sportowych stały się ośrodkami ponoć kształtującymi narodową tożsamość i historyczne wyobrażenia dzisiejszej młodzieży.

A na obrazie Malczewskiego ciągle to błędne koło polskich dążeń. Do okna wolności nadal mamy daleko, czy też nie dostrzegamy, że wreszcie udało się je sforsować i po prostu czujemy się niepewnie, stojąc wobec konieczności zmiany kroku, stylu i poniekąd celu (co czeka nas za oknem)? Zrobimy to? Wymyślimy nową o sobie opowieść, czy też wrócimy do starych pieśni „o rycerstwie znad kresowych stani, o obrońcach naszych polskich granic“? Jak wobec dążeń do renacjonalizacji niemal wszystkiego (każda nowa instytucja i każdy program ma obowiązkowe określenie narodowy/narodowa w nazwie) odnajdą się historycy? Czy pogodzą rozwój swego fachu z potrzebami odbiorców, rozumianych nie tylko jako elitarna grupa kolegów i recenzentów z akademickimi tytułami?

Zdjęcie obrazu Jacka Malczewskiego pt. „Melancholia” pochodzi z Wikipedii.

Autor: Krzysztof Ruchniewicz

Historia najnowsza, badania i nauczanie, historia w przestrzeni publicznej, blog i ... / Zeithistoriker, Lehre und Forschung, PH, Blog und ...

  1. Matura Ryszard

    Trudno zgodzić się z poglądem prof. Kawalca, Ze nauka historyczne powinna zamknąć się w Wieży z kości słoniowej. Wnikliwe analizy historyczne czytelne tylko dla historyków akademickich pozostaną martwe, jeżeli nie dotrą do przeciętnego miłośnika dziejów. Tak jakby było mało, że w ostatnim ćwierćwieczu upadła rzetelna krytyka historyczna, a zapanowała praktyka „Ty napiszesz o mojej książce, ja o twojej”. Pozostaną rekonstrukcje…

  2. Krzysztof Kawalec

    Też sądzę, że nie ma powodu silić się na wymyślanie jakiejś nowej narracji, dyktowanej pragnieniem spełnienia tak czy inaczej definiowanego zapotrzebowania społecznego, czy przeciwnie – wolą polemiki z dominującymi trendami. Jako że społeczeństwo jest tworem wielonurtowym, obie te postawy wcale nie są przeciwstawne; sytuacja zaś, w której de facto stalibyśmy się stroną toczącego się sporu, nie byłaby korzystna dla naszej wiarygodności, a w konsekwencji szans uprawiania zawodu w sposób zgodny z rygorami warsztatowymi.

    Na dobrą sprawę wcale nie jestem pewien, czego sobie jako środowisko historyków zawodowych bardziej życzymy: czy zainteresowania ze strony społeczeństwa i państwa (co jednak pociąga za sobą problemy zasygnalizowane w tekście), czy zupełnego spokoju, gdy wyniki naszych ustaleń nikogo nie będą obchodzić, politycy zaś licytować się będą w okazywaniu lekceważenia dla naszej pracy i popisywać ignorancją. Z różnych powodów mam wątpliwości, czy ta druga sytuacja naprawdę jest lepsza, co jednak nie oznacza zgody na konformizm i psucie standardów. Jest dla mnie oczywiste, że historia – nauka historyczna – pełni określone funkcje społeczne. Jest rodzajem zbiorowej pamięci. Poza krzepieniem serc (do czego historycy zawodowi niespecjalnie się nadają) bez zachowania rygorów warsztatowych nie może ona pełnić swoich kluczowych funkcji narzędzia, umożliwiającego głębsze i pełniejsze zrozumienie świata.

    Należy więc robić swoje, rzecz nie tracąc z pola widzenia także i trudności rzutujących na wartość dokonywanych ustaleń. Kwestie zasygnalizowane przez prof. Ruchniewicza co jakiś czas wracają: mniej więcej 10 lat temu były przedmiotem dwóch ankiet rozpisanych przez dwumiesięcznik „Arcana”. Obejmują zagadnienia zw. z finansowaniem nauki, rozmaite problemy prawne, a także obyczajowe nie wyłączając rzecz jasna etycznych. Jest to materiał co najmniej na dużą konferencje naukową, a może raczej interdyscyplinarny program badawczy (?).

  3. Marcin Kula

    Tak, to ciekawe. Z mojego punktu widzenia problem tkwi jednak w tym, że z jednej strony mamy rekonstrukcje historyczne i politykę historyczną PiS (w obu Polacy zawsze wygrywają), a z drugiej chyba większość zawodowych historyków, których ideałem jest napisanie pracy wąskiej, nudnej, nieczytelnej, ale z przypisami. O pójściu w kierunku socjologii i antropologii historycznej, której pytania przekraczają standardowe granice epok i terenów, rzadko można mówić, ale może nie warto – skoro to mało kogo interesuje.

  4. Matura Ryszard

    Ten tekst powinien wywołać dyskusje czy przynajmniej do niej zachęcić. Obawiam się, że tak się nie stanie. Przede wszystkim z powodu „ucieczki” od metodologii, a wejście na śliską ścieżkę ideologii. Pamiętam rozmowę w Paryżu ok. 1990 roku ze znanym historykiem MMD, który uznawany był za wzór historiografii marksistowskiej, jak czując powiew „nowych czasów” „przyznał się”, że on był zawsze zwolennikiem metodologii Braudela.

    Odnoszę wrażenie, że historycy mają teraz ogromny problem z metodologią z powodu zaszłości ideologicznych. Popadają także głębiej w „polonocentryzm historyczny”, czego przykładem może być zamieszanie wokół muzeów w Gdańsku.

    Nie widzę też jakiegoś wielkiego problemu z popularyzatorstwem, wręcz widzę jego wzmożoną konieczność z powodu spłycenia narracji przez nieszczęsne rekonstrukcje. Gdyby były pozbawione nachalnej ideologii, to i owszem, ale nie w takiej skali.

  5. Piotr Małochwiej

    Panie Profesorze.
    jeżeli chodzi o stadiony, to, niestety, nie od dzisiaj są one miejscem, gdzie popularne są hasła związane z historią. Pamiętam wizytę na stadionie we Wrocławiu na meczu z Legią Waraszawa 13 grudnia i hasło „Zamiast teleranka były mordy i łapanka” połączone z karykaturą gen. W. Jaruzelskiego. Okrzyków na meczach Jagielonii Białystok niestety nie da sie powtórzyć w tym komentarzu. Pisze o tym zjawisku Marcin Kącki w swojej książce. Dla mnie osobiście chyba najciekawszym zjawiskiem ostatnich tygodni była rekonstrukcja ślubu rotmistrza Witolda Pileckiego odegrana przez aktorów w jednym z warszawskich kościołów.

  6. Przemysław Wiszewski

    Ale dlaczego? Dlaczego mamy wymyślać narrację? Narracja ma swoje, opisane już przez Arystotelesa prawa i zwyczaje, reszta jest pochodną poetyki. Zadanie historyka – poszukiwanie prawdy o przeszłości – nijak się ma do publicystyki (także tej ‚naukowej’) czy polityki. Opowieść profesjonalna zawsze będzie trudna, wieloskładnikowa, a rezultat niepewny. Opowieść modniarska lub popularyzatorska zawsze będzie uproszczeniem, ale jej celem będzie przekazanie pewnej stabilnej wizji rzeczywistości. I znów się rozmijamy. Historia jest nauką bardzo egzystencjalną, uczy pokory wobec niepewności, stałych, świadomych wyborów bez pewności, czy okażą się słuszne. Czy mają sens. Uprawianie historii jest świadectwem, wyrazem troski o zrozumienie procesu komunikacji międzyludzkiej i decyzji, jakie ludzie podejmowali w obcych nam warunkach. Jest wyjściem naprzeciw obcemu. Nie ma tu miejsca na dziarskość chłopców w złotych, zielonych czy czarnych koszulach. Ich narracji historią nie pobijesz, serc niegotowych nie porwiesz. Do tego trzeba barda, nie historyka. Barda, który zaproponuje inne uproszczenia, inne pewności świata. Bez wątpliwości, bez racjonalności. Nie myl profesji:)

Skomentuj