Medaliony na grobach

Jutro dzień Wszystkich Świętych. W drodze powrotnej do domu utknąłem w ogromnym korku. Pewnie to przedsmak dnia jutrzejszego. By zabić jakoś dłużący się czas oczekiwania na przesunięcie się o metr, słuchałem radiowej \”Trójki\”. Redakcja popołudniowa przygotowała kilka ciekawych audycji. M. in. rozmowę z antropolog (przepraszam za brak nazwiska!) z Uniwersytetu Warszawskiego, która mówiła o stosunku różnych narodów do swoich zmarłych. Jej zdaniem niezależnie od narodowości czy kultury stosunek ów jest właściwie taki sam. Do zmarłych podchodzi się z szacunkiem, dba o ich miejsca pochówku, pielęgnuje pamięć o nich. Powszechne jest też rozróżnienie na bliskich i dalekich krewnych, przyjaciół, czy znajomych. O groby pierwszych dba się, stan tych drugich nie jest już taki ważny, z biegiem czasu zapomina się o nich.

\"\"

Słuchając, wspominałem minione lato. Sporo wędrowaliśmy po Alpach włoskich. Z ciekawością odwiedzam zawsze cmentarze w poznawanej okolicy. Wiele mówią one nie tylko o dawnych, ale i o współczesnych mieszkańcach. Tym razem moją szczególną uwagę zwróciła nekropolia w niewielkiej wsi. Był to typowy wiejski cmentarzyk, położony u u stóp gór. Ulokowano go w centrum wsi. Nie był bynajmniej opuszczony, otaczano go czułą opieką. Przed wejściem stał obelisk upamiętniający poległych w pierwszej wojnie światowej. Obok nazwisk umieszczono medaliony z ich podobiznami. Upływ czasu odbił się wyraźnie na ich stanie. Wypłowiały, oblicza niektórych postaci zamazały się. Nadal były jednak widoczne i niewidzącymi oczami spoglądały na wioskę, którą sto lat temu opuściły idąc na Wielką Wojnę. Wizerunki te świadczyły o potrzebie krewnych, by nie tylko pamięć o poległych była czczona, ale by ich wizerunek towarzyszył przechodniom przez pokolenia.

Na samym cmentarzu ulokowano sporo grobowców rodzinnych. Na nich też umieszczono medaliony. Były w nieco lepszym stanie. Spoglądając na nie, można było dokonać przeglądu różnych generacji pochowanych w jednym grobowcu. Niewątpliwie wizerunki te były konserwowane. Następne pokolenia czuły potrzebę spoglądania w surowe oblicza nieznanych sobie prababek i dziadów. Ten sposób traktowania bliskich bardzo mi się spodobał. Każdy z nich, nawet po śmierci, zachował poniekąd swą osobowość, bo utrwalono w porcelanie jego oblicze. Wizyta u fotografa stawała się inwestycją na przyszłość, w „życie po życiu”. Połączenie imienia i nazwiska z wizerunkiem zmarłego czyniło wielkie wrażenie na wielu dekadach od zgonu sportretowanego. Najstarsze medaliony na tym małym wiejskim cmentarzu pochodziły z przełomu XIX i XX wieku. Był to czas bujnego rozwoju fotografii prywatnej. Rodziny musiały ponieść konkretne wydatki, by wykonać zdjęcie i je zamienić na medalion w porcelanie.

Dla historyka jest to ciekawy materiał do badań. Częstokroć są to jedyne zachowane wizerunki zmarłych. Ich papierowe oryginały nierzadko nie istnieją. Wybrali je członkowie rodzin, bo tak chcieli zmarłych zapamiętać. Na tej podstawie można stworzyć ciekawą galerię postaci. Na każdym z medalionów można było też dostrzec charakterystyczny dla epoki ubiór. Sposób ubierania się, ozdoby noszone przez zmarłych w ujęciu czasowym mogą posłużyć do dalszych rozważań. Wydaje się, że na podstawie medalionów (przynajmniej tych najstarszych) można też coś więcej powiedzieć o zamożności i pozycji danej rodziny. Nie każdego było stać na zrobienie zdjęcia, a co dopiero wykonanie medalionu, nie mówiąc o nagrobku z kamienia czy żeliwa. Jeszcze jedna rzecz rzuciła mi się w oczy. To prawda, że medaliony możemy spotkać także i na polskich cmentarzach. Przed laty były one bardzo modne, teraz spotyka się je rzadko (podobnie jak informację, że drogi zmarły był magistrem). Czasem też bezpośrednio w kamieniu ryto wizerunki zmarłych. Miały one – podobnie jak medaliony – utrwalić obraz zmarłych dla potomnych. Wielką popularność taka sztuka nagrobna przeżywała, i nadal przeżywa, nie u nas, a za wschodnią granicą. Autorzy podobizn nie zapominają oczywiście o rzędach orderów u weteranów kolejnej Wielkiej Wojny

Każda z tych form jest próbą osłabienia definitywnego końca, jakim jest śmierć. Jest to także wysiłek skierowany na zachowanie przez zmarłego odrębności, niepowtarzalności, której widomym i podstawowym znakiem jest nasze oblicze. Nie jest to rzecz nowa, praktykujemy ją co najmniej od czasów faraonów. Ciągle zabiegamy o utrwalenie „na wieki wieków” pamięci o zmarłych i ich życiu, mając nadzieję, że i o nas ktoś tak kiedyś zadba. Obecnie nowe możliwości ku temu stwarza sieć i wirtualne miejsca pamięci. Klik i zapala się znicz. Drugi klik i można być pewnym, że „non omnis moriar” (o ile zbierzemy odpowiednią ilość \”lajków)\”.

Autor: Krzysztof Ruchniewicz

Historia najnowsza, badania i nauczanie, historia w przestrzeni publicznej, blog i … / Zeithistoriker, Lehre und Forschung, PH, Blog und …

Skomentuj