Jałta – z odległej już perspektywy?

W 1989 r. Krystyna Kersten opublikowała w podziemnym wydawnictwie Aneks jedną ze swych najbardziej znanych książek: „Jałta w polskiej perspektywie”. Mimo upływu ćwierćwiecza i postępu w badaniach nad najnowszą historią Polski praca ta pozostaje czołowym opracowaniem zagadnienia, które przez dekady budziło nie tylko zainteresowanie publiczne, ale i było obiektem sprzecznych uczuć, jak również materiałem do wytworzenia żywotnego politycznego mitu. Jałta – czyli co?, moglibyśmy zapytać. Konferencja jałtańska, porozumienie jałtańskie, jałtański porządek, jałtański system, ale i jałtańska ugoda, jałtański podział, wreszcie jałtańska transakcja, jałtańska zdrada, a na koniec fatum Jałty, rzucające cień na całą powojenną historię Środkowo-Wschodniej części Europy, a zwłaszcza Polski.

Zdjęcie: Konferencja w Jałcie Źrodło: wikipedia.

Tak pojmowana Jałta stoi obok innego polskiego symbolu historycznego związanego z nazwą miejscową – Targowicy, miejscowości na dzisiejszej Ukrainie, w której kilku polskich magnatów – zdrajców z poparciem carycy Rosji, Katarzyny II, wystąpiło w 1792 r. przeciwko próbie reform i ratowania państwa polskiego przed upadkiem. Jałta jest jakby Targowicą „zewnętrzną”. Promotorem zdrady znów był potężny wschodni sąsiad, a rolę zdrajców odegrali polityczni sojusznicy polskiego rządu, który podobnie jak w końcu XVIII w. walczył o przetrwanie niezależnej polskiej państwowości. Nad wydarzeniem tym unosi się widmo niezasłużonej klęski, odniesionej nie z racji słabości własnych sił, a z racji odstępstwa, zdrady, porzucenia przez sojuszników liczących się tylko z własnym interesem. Jałta jest w takim ujęciu forpocztą żelaznej kurtyny – jej niejako decyzyjnym zapleczem. Jest postrzegana jako przykład tryumfu racji politycznych, przewagi i siły wielkich tego świata nad humanistycznymi wartościami, które są wspólne dla wszystkich.

Występują zatem różne rozumienia Jałty. Po pierwsze mamy problem historyczny, będący ważnym fragmentem stosunków między przywódcami koalicji antyhitlerowskiej. Chodzi tu o przygotowania, przebieg i skutki decyzji podjętych w tym krymskim kurorcie przez przywódców USA, Wielkiej Brytanii i ZSRR, przy czym kolejność wymienienia ich nie jest kolejnością znaczenia i wpływu na ostateczny kształt porozumienia. Chodzi tu również o reakcje zainteresowanych stron, ale nie mających nic do powiedzenia w sprawie szczegółów decyzji jałtańskich. Na planie pierwszym mamy oczywiście polski rząd na uchodźstwie, którego sytuacja międzynarodowa stała się zresztą fatalna co najmniej rok przed Jałtą. Możemy tu również uwzględnić skutki Jałty, rozumiane w uproszczeniu jako długotrwały podział Europy, wyróżnienie w niej stref wpływów ZSRR i Zachodu. Wtedy istotny jest stosunek do konferencji jej niegdysiejszych uczestników, którzy w dwa lata później będą już otwartymi i zaciętymi przeciwnikami. Jak na system jałtański, ów porządek powojenny, który miał wypłynąć nie tyle z litery, co z ducha i kulis Jałty, patrzono z perspektywy Moskwy, a jak Waszyngtonu, Londynu, ale także Paryża? Na ile określał on ramy ich polityki w następnych dekadach?

Inne pojmowanie Jałty to kwestia jej funkcjonowania jako symbolu i jako politycznego mitu, stworzonego i oddziaływującego w różnych środowiskach i kontekstach. Wymieńmy tu dwa najważniejsze dla tego artykułu: zdrada w Jałcie, czyli pojmowanie dominujące wśród polskich emigrantów politycznych, a także pośród opozycji antykomunistycznej kontra międzynarodowo zaaprobowany fundament Polski Ludowej i jej granic i bezpieczeństwa, jak chcieli tego polscy komuniści i sprzyjający im historycy. W pewnym sensie jego odmianą może być trzeci wariant: Jałta jako nieaprobowany, ale istniejący, realny fakt, do którego trzeba się dostosować, porzucając „mrzonki” o suwerenności na rzecz ratowania narodu w takich warunkach, jakie są, nawet za cenę współpracy z władzą. Czy treści tych mitów były rzeczywiście „Jałtą” – rozumianą jako spisane i ogłoszone w lutym 1945 r. ustalenia, czy też faktycznie były „anty-Jałtą”, gdyż wywodziły się ze złamania, niedotrzymania, zignorowania jałtańskich ustaleń, np. w kwestii wolnych wyborów w Polsce? Każda z tych perspektyw jest ważna i ciekawa, a zanim stała się w naszych czasach przedmiotem li tylko historycznym była żywotnym obiektem politycznym obdarzanym silnymi emocjami. „Polski stereotyp Jałty to stop gorzkiego rozczarowania (…), świadomości doznanej niesprawiedliwości i własnej bezsiły, przekazywany dzieciom przez rodziców, oraz ciążenia komunistycznej wykładni historii, rzadko konfrontowanej z okruchami wiedzy czerpanej z innych, niekomunistycznych źródeł”, pisała we wstępie do swej książki Krystyna Kersten. Swe zadanie wybitna historyk upatrywała właśnie w zerwaniu „z mitem Jałty-transakcji”, gdyż utrudnia on zrozumienie przyczyn powodzenia radzieckiej ekspansji, jak i uniemożliwia pełne ujrzenie sytuacji Polski u schyłku wojny i szans polskiej polityki. Dodajmy tak polityki twardego sprzeciwu, jak i polityki ustępstw, albo raczej próby dostosowania się do realiów w nadziei na wejście do politycznej gry. Co ważne, w micie tym występuje naturalna zresztą w przypadku mitologizowania historii polonocentryzacja. Wprawdzie wiadomo, że Jałta, jak i wszystkie porozumienia Wielkiej Trójki nie dotyczyły tylko Polski, że ich niezwykle ważną częścią był los Niemiec (i w tej części odpowiadały one interesowi Polski), ale znajduje się to na dalszym  planie.

Pozostając przy „polskiej perspektywie” w patrzeniu na Jałtę zasadna będzie uwaga, że pisząc o niej niewłaściwe jest skupianie się tylko na 1945 r., czy nawet na latach 1944-1945. Przywołać bowiem trzeba drogę, która wiodła nie tylko Kreml i stolice zachodnich mocarstw na Krym, ale i szlak, który prowadził Polskę od statusu pierwszej ofiary Hitlera i Stalina w 1939 r. po rolę ostatniej (wraz z regionem) ofiary wojny w 1945 r., a właściwie jej politycznych skutków Wydaje się bowiem, że bez radzieckich zdobyczy terytorialnych z jesieni 1939 r., uzyskanych w wyniku współpracy z III Rzeszą, nie byłoby możliwe tak owocne żonglowanie „linią Curzona” w późniejszych rozmowach Kremla z nowymi aliantami. Linia ta, w części opierająca się na rzece Bug, sformułowana została jako propozycja wschodniej granicy Polski przez brytyjskiego polityka (ten zapewne nie był później bez znaczenia). Miała swe polityczne pięć minut w latach 1919-1920, nie odegrała jednak wtedy roli w ostatecznym wyznaczeniu granicy radziecko-polskiej. Integralność terytorialna Polski nie została podważona bowiem dopiero na pierwszej konferencji Wielkiej Trójki w Teheranie pod koniec 1943 r. Stało się to już wcześniej. W wojnie, nazwanej światową, nie chodziło przecież o Polskę, choć od Polski się ona rozpoczęła, a o pokonanie niezwykle groźnego i morderczego wroga całego cywilizowanego świata, jak wtedy mówiono. Ten cel zamierzano zrealizować choćby nawet we współpracy z innym diabłem. Winston Churchill znany przed wojną antykomunista nie stał się przecież latem 1941 r. zwolennikiem bolszewizmu, musiał go jednak uznać za ważną siłę, którą w warunkach przegrywanej wojny (sukcesy Wehrmachtu na Zachodzie) warto utrzymać po stronie przeciwników nazistów, skoro oni sami zamienili swego dość dotąd lojalnego i suto wynagrodzonego sojusznika we wroga.

W lipcu 1941 r. Wielka Brytania a następnie rządy państw z nią sprzymierzonych podpisały porozumienia o współpracy z ZSRR. Zrobił to także działający od klęski wrześniowej na uchodźstwie (najpierw we Francji, a od lata 1940 r. w Wielkiej Brytanii) rząd polski. Obawiał się wprawdzie, że taki gest może zalegalizować zmiany granicy w 1939 r., wprowadzone jednostronnymi decyzjami agresorów III Rzeszy i ZSRR, a nigdy dostatecznie nieoprotestowane przez Zachód. Przeważyły jednak argumenty związane z koniecznością poprawy losu Polaków deportowanych w głąb ZSRR z terenów przezeń okupowanych, jak i możliwością utworzenia z nich polskiej armii, która przystąpiłaby do walki z Niemcami. Rząd Polski miał nadzieję, że wysiłek w walce z Niemcami (na frontach wojny, jak i w konspiracji w okupowanym kraju) wesprze na tyle polskie postulaty polityczne, że alianci będą musieli je respektować. Trzeba zaznaczyć, że nawet w tak trudnej sytuacji Kreml nie chciał zrezygnować z pretensji do połowy polskiego terytorium, które właśnie utracił w wyniku kompromitujących porażek swych zachodnich armii podczas niemieckiego Blitzkriegu. Sprawę tę ostatecznie pominięto w układzie polsko-radzieckim, co oznaczało że każda ze stron zostaje przy swoim stanowisku w kwestii granicy wschodniej Polski. Trzeba znaczyć, że Polska nie otrzymała w tej sprawie żadnego wsparcia od Brytyjczyków. Była to znamienna zapowiedź ich przyszłego postępowania, jak i permanentnych kłopotów polskiego rządu. Takiej postawie Kremla nie zapobiegła nawet Karta Atlantycka (sierpień 1941). Ta deklaracja celów wojny i zasad postępowania, opracowana przez Brytyjczyków i Amerykanów, zakładała m. in. współpracę w walce z nazizmem i odrzucenie zmian granic wprowadzanych bez zgody zainteresowanych narodów. ZSRR ją przyjął, ale z góry zastrzegł, że nie oznacza to rezygnacji ze zdobyczy z lat 1939-1940 (wschodniej Polski, republik nadbałtyckich, rumuńskiej Besarabii, fińskiej Karelii). Te uważał za legalne i pośrednio uzyskał taki ich status także od Zachodu. W przypadku Polski Stalin odwoływał się do rzekomo swobodnych decyzji ciał przedstawicielskich, wyłonionych w wyniku spreparowanych przez władze radzieckie pseudowyborów w październiku 1939 r.Ostateczne sformowanie koalicji antyhitlerowskiej nastąpiło w grudniu 1941 r., kiedy to Stany Zjednoczone – po ataku japońskim i wypowiedzeniu im wojny przez Niemcy i Włochy – przystąpiły do wojny. W ten sposób w koalicji antyhitlerowskiej, której liczba członków stopniowo wrastała, ukształtowało się dominujące centrum polityczne, tzw. Wielka Trójka. Tworzyli ją przywódcy USA, Wielkiej Brytanii i ZSRR. Różniły ich poglądy polityczne, jak wizje przyszłego świata, ale na razie nad wszystkim dominował wspólny cel: pokonanie Hitlera i jego sojuszników. W miarę rozwoju wydarzeń wojennych wrastać będzie rola ZSRR, dźwigającego największy ciężar walki z III Rzeszą. Niezdolność Zachodu do szybkiego otwarcia w Europie drugiego frontu umacniała pozycję Stalina. Maleć będzie znaczenie Wielkiej Brytanii, postrzeganej jako główny sojusznik Polski. W styczniu 1942 r. 26 członków koalicji podpisało Deklarację Narodów Zjednoczonych, opartą na Karcie Atlantyckiej. Zobowiązywano się w niej m. in. do odrzucania propozycji zawarcia separatystycznego pokoju z Niemcami. Miało to zmniejszyć nieufność mimo wszystko panującą w koalicji. Stalin obawiał się, że Zachód może przystać na takie rozwiązanie porzucając go na pastwę Hitlera. Państwa zachodnie pamiętały natomiast o podpisaniu przez Rosję bolszewicką pokoju z Niemcami w końcu I wojny światowej, jaki o pakcie Hitler-Stalin z sierpnia 1939 r. W maju i czerwcu 1942 r. podpisano dwustronne układy o przymierzu, współpracy i pomocy, łączące przywódców Wielkiej Koalicji Antyhitlerowskiej.


Zdjęcie: Jacek Kaczmarski: Jałta Źródło: youtube

O przyszłym kształcie świata, po pokonaniu państw Osi (Niemiec, Włoch i Japonii), poczęto rozmawiać w drugiej połowie 1943 r., kiedy to szale wojny wyraźnie przechyliły się na stronę aliantów. Wzrosła wtedy bardzo pozycja Stalina w Wielkiej Trójce. Odbiło się to negatywnie na położeniu sojuszniczego rządu polskiego i generalnie na sprawie polskiej. Stosunki polsko-radzieckie w latach 1941-1942 były co najwyżej poprawne. Armia polska, niedostatecznie zaopatrywana przez Rosjan, została w 1942 r. z inspiracji Anglików przeniesiona do kontrolowanego przez nich Iranu. Oprócz sprawy przebiegu granicy czy niechęci organów radzieckich do polskich instytucji powstałych w skupiskach zesłanych Polaków, wzajemne stosunki zaostrzał nieznany los kilkunastu tysięcy polskich oficerów i policjantów wziętych przez ZSRR do niewoli we wrześniu 1939 r. Wyjaśnił się on w kwietniu 1943 r., gdy Niemcy poinformowali świat o odkryciu masowych grobów polskich żołnierzy w Katyniu koło Smoleńska. Wszystko wskazywało, że rozstrzelało ich NKWD jeszcze w 1940 r. ZSRR temu zaprzeczył, ale nie zgodził się na przeprowadzenie śledztwa przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Oskarżył natomiast rząd polski o wrogość do ZSRR i współpracę z Niemcami w celu rozbicia koalicji. Moskwa natychmiast zerwała stosunki dyplomatyczne z polskim rządem i nigdy już ich nie nawiązała, co ułatwiło jej prowadzenie w stosunku do Polski polityki faktów dokonanych. Kreml wsparł mocniej grupę polskich komunistów, przygotowując się stopniowo do rozgrywki o opanowanie władzy w Polsce po wyparciu Niemców. Alianci zachodni Polski zdawali sobie sprawę, kto naprawdę jest winny mordu katyńskiego, ale w imię spoistości koalicji i utrzymania w niej Stalina nie wsparli rządu polskiego w tym konflikcie. Wkrótce okazało się, że nie zamierzają popierać go i winnych kwestiach, choć niekoniecznie mają zamiar go o tym od razu informować. Marginalizacja legalnych władz polskich nastąpiła zatem o wiele wcześniej niż na wyzwolonej Lubelszczyźnie w końcu lipca 1944 r. pojawił się komunistyczny ośrodek władzy.

Mocarstwowe podejście do interesów słabszych członków koalicji antyhitlerowskiej, zwłaszcza Polski, objawiło się na konferencji w Teheranie na przełomie listopada i grudnia 1943 r. Potwierdzono na niej dążenie do całkowitego pokonania Niemiec, ale zajęcie się ich późniejszym losem odłożono na później. Ustalono natomiast, że granica wschodnia Polski zmieni się zgodnie ze stanowiskiem ZSRR. Kreml dodatkowo wzmocnił swe postulaty w tym względzie przywołując wspomnianą wyżej linię Curzona. Zapowiedziano, że Polska otrzyma nabytki terytorialne kosztem Niemiec, ale już ich tak dokładnie nie precyzowano jak w przypadku nowej granicy wschodniej. Sprawa kształtu terytorium pozostawała zatem otwarta, co dla Polaków nie mogło być satysfakcjonujące i w dodatku była sprzeczne z duchem Karty Atlantyckiej. Mając na uwadze reakcje polskiego rządu oraz morale polskich żołnierzy walczących po stronie koalicji, postanowienia te utajniono. W rzeczywistości milcząco zaakceptowano skutki paktu Hitler-Stalin i zaliczono Polskę do radzieckiej strefy wpływów. Teraz Stalin właściwie już sam mógł kreować politykę wobec zachodniego sąsiada.

W początkach stycznia 1944 r. wojska radzieckie, wypierając Niemców, weszły na ziemie Polski wg granic przedwojennych. Uważając je za własne, przystąpiły do rozbrajania polskich oddziałów partyzanckich (wcześniej pomagających Armii Czerwonej w walce z Niemcami) i masowych aresztowań. Polskim konspiratorom zarzucano cynicznie rzekomą współpracę z Niemcami przeciwko ZSRR. Protesty polskiego rządu nie spowodowały żadnej reakcji ani Moskwy, ani zachodnich sprzymierzeńców. Wroga polskiemu obozowi niepodległościowemu polityka radziecka uniemożliwiła okazanie znaczącej pomocy Warszawie, w której wybuchło antyniemieckie powstanie w początkach sierpnia 1944 r. Miasto zostało przez Niemców po dwumiesięcznych walkach zniszczone a ponad 150 tys. jego mieszkańców i 18 tys. żołnierzy zginęło. Rosjanie, pozostając bezczynni na drugim brzegu Wisły, zarzucili polskim władzom na uchodźstwie i dowództwu podziemia awanturnictwo i antyradzieckość. Żądali rekonstrukcji rządu w Londynie (usunięcia osób określanych jako antyradzieckie) i podjęcia przez niego współpracy z zainstalowanym niedawno w Lublinie wasalnym quasi-rządem komunistycznym. Na akceptację żądań radzieckich naciskali zwłaszcza Brytyjczycy, zarzucając Polakom szkodliwy upór i brak realizmu w polityce i na nich przerzucając odpowiedzialność za kryzys. W rozmowach z polskimi politykami Churchill nierzadko okazywał brutalność, która zamaskować miała całkowitą niezdolność Brytyjczyków do obrony własnego sojusznika. Władze na uchodźstwie, choć nadal działał prezydent, rząd i przedstawicielstwo partii politycznych, właściwie straciły jakiekolwiek oparcie w zachodnich sojusznikach i popadły w wewnętrzny konflikt na tle dalszej polityki. Władzę na wyzwolonych częściach Polski obejmowali wspierani przez ZSRR komuniści. Realna stała się zatem groźba, iż Polska poniesie nie tylko straty terytorialne, ale i może stracić swą niezależność. Podobny los czekał inne kraje regionu, gdyż jeszcze w październiku 1944 r. Churchill zaakceptował dominację ZSRR w takich państwach jak Rumunia czy Bułgaria. Jasne stawało się, że granice wpływów radzieckich wyznaczać będzie zasięg radzieckiej armii, a gra o Polskę przekształciła się już w grę o hegemonię w Europie. Lądowanie zachodnich aliantów w Normandii w czerwcu 1944 r., choć oczywiście osłabiło siły obronne Niemiec, dla politycznych rozstrzygnięć w Europie Środkowo-Wschodniej nie miało znaczenia. Wraz z jednostkami zachodnimi lądowały także oddziały polskie. W tym czasie we Włoszech walczył również polski II Korpus, złożony z byłych zesłańców i więźniów radzieckich obozów, którzy w 1942 r. opuścili szczęśliwie ZSRR. Żołnierze ci mieli nadzieję, że walczą o powrót do domów i rodzin na ziemiach na wschód od Bugu i Sanu.

Tak w skrócie wygląda historyczne tło konferencji jałtańskiej. Silna pozycja radziecka w rozmowach Wielkiej Trójki ugruntowała się już zatem w latach 1943-1944 i opierała się przede wszystkim na znaczeniu militarnym w wojnie z Niemcami i rokowaniach co do znaczenia takiegoż Moskwy w przyszłej walce z Japończykami. W czasie konferencji toczyły się już walki na terytorium Niemiec, których przegrana była kwestią czasu. Nadszedł czas na podjęcie decyzji co do ich przyszłego losu. Jasne było, iż to Rosjanom przypadnie zdobycie Berlina. Tym samym ich armie staną w sercu Europy. Wielka Trójka uzgodniła okupację pokonanego wroga przez swe wojska oraz jednostki francuskie, co było sposobem odbudowy znaczenia i prestiżu Francji, choć nie było adekwatne do wysiłku zbrojnego Francuzów. Zapowiedziano demilitaryzację i denazyfikację Niemiec oraz wypłatę przez nie reparacji dla poszkodowanych państw. Zbrodniarze wojenni mieli zostać surowo osądzeni. Bardziej konkretne postanowienia miano podjąć na kolejnej konferencji już po zakończeniu wojny.

Stosunkowo dużo miejsca w rozmowach przywódców koalicji antyhitlerowskiej w czasie spotkania krymskiego zajęła ponownie kwestia polska. Jej uporządkowanie i zamknięcie pozwoliłoby pozbyć się dość kłopotliwego problemu wewnętrznego w koalicji, która przecież stała przed podjęciem niezwykle ważnych decyzji co do Niemiec. Po raz kolejny potwierdzono granicę wschodnią Polski zgodnie z żądaniami radzieckimi. Nie było już mowy o uratowaniu Lwowa dla Polski, czym przez jakiś czas łudzono „londyńskich” Polaków. Wprowadzono jedynie odchylenia na korzyść Polski (choć nie jest to najbardziej fortunne w tym kontekście słowo) w rozmiarach 5-8 km na wschód od linii Curzona. Dodajmy, że już kilka miesięcy wcześniej polscy komuniści zaakceptowali nową granicę i zgodzili się na przesiedlanie Polaków ze wschodu, choć do wiosny 1945 r. właściwie nie było ich gdzie osiedlać. Nowością konferencji jałtańskiej było porzucenie uprawianej dotąd praktyki utrzymywania decyzji co do Polski w tajemnicy. Po raz pierwszy otwarcie poinformowano opinię publiczną o podjętych decyzjach, co wywołało u rzesz Polaków szok i rozgoryczenie. Należy tu dodać, że nie tylko utrata połowy terytorium była tu istotna.

Część polskich polityków była przekonana, że jakaś korekta granicy wschodniej będzie nie do uniknięcia, a stan relacji polsko-radzieckich będzie miał zasadnicze znaczenie dla przyszłości Polski. Chodziło o sposób, w jaki to nastąpiło, a który całkowicie gwałcił suwerenność Polski, pozbawiając ją podstawowych praw i stawiając właściwie na równi z wrogami koalicji. Również część brytyjskiej elity politycznej objawiła niezadowolenie, z którym Churchill musiał się zmierzyć podczas debaty w Izbie Gmin. W dodatku zrezygnowano ze sprecyzowania pozostałych granic Polski, zapowiadając jedynie uzyskanie przez Polskę „znacznego przyrostu terytorialnego na północy i zachodzie”. Mocarstwa zachodnie, uznając hegemonię radziecką w Polsce, nie chciały zbytnio wzmacniać nie tyle swego dotychczasowego sojusznika, ile już potencjalnego wasala Kremla kosztem Niemiec. Doszło zatem do paradoksalnej sytuacji. Legalny i uznawany przez koalicję antyhitlerowską rząd polski, zwierzchnik kilkusettysięcznej siły zbrojnej, walczącej na froncie zachodnim i włoskim z Niemcami, nie miał nic do powiedzenia na temat losów swego kraju.

Rządzili w nim już komuniści, prześladując z pomocą NKWD przeciwników politycznych nie mniej okrutnie jak niemiecki aparat bezpieczeństwa. Trudno było o bardziej jaskrawe pogwałcenie zasad Karty Atlantyckiej. Nie mając żadnego wpływu na rozwój sytuacji w Polsce, przywódcy USA i Wielkiej Brytanii zadowolili się, albo udali zadowolenie z zapewnień Stalina o przeprowadzeniu tam wolnych i demokratycznych wyborów parlamentarnych i zaaprobowali koncepcję włączenia do rządu komunistycznego (uznawanego przez ZSRR) kilku polityków polskich z emigracji. Szczegółami miała zająć się tzw. komisja dobrych usług z udziałem m. in. Wiaczesława Mołotowa, bliskiego współpracownika Stalina, który również sprawnie negocjował niegdyś z niemieckim ministrem spraw zagranicznych Joachimem Ribbentropem, jak teraz zachodnimi politykami.

Pozornie obiektywna komisja była wygodnym sposobem na zamaskowanie porzucenia interesów coraz bardziej kłopotliwego sojusznika, jakim okazał się polski rząd emigracyjny. W tym czasie nad Wisłą niepodzielnie rządziła armia radziecka i NKWD, wspierające polskich komunistów i utworzoną przez nią służbę bezpieczeństwa i milicję. W marcu 1945 r. dokonano aresztowania przywódców polskiego podziemia antyniemieckiego, zwabiając ich możliwością rozmów z władzami radzieckimi. Ich proces, jako rzekomo winnych kolaboracji z Niemcami, odbywał się w Moskwie niemal równolegle do rozmów toczonych wokół ostatecznego sformowania nowego rządu polskiego, eufemistycznie nazwanego Rządem Jedności Narodowej. W istocie Polskę spotkał los co najmniej taki sam jak niedawnych sojuszników Hitlera w tym regionie. Rząd Jedności Narodowej z udziałem Stanisława Mikołajczyka, byłego premiera rządu emigracyjnego, który gorzko przekonał się w 1944 r. o iluzoryczności zachodniego poparcia dla sprawy polskiej, powstał w czerwcu 1945 r. Tym samym alianci, zapewne z ulgą, uznali, że polskie sprawy polityczne zostały rozwiązane. Pozostawał problem granicy zachodniej. Jej kształt był jednak związany z losami pokonanych Niemiec i polityką niemiecką uprawianą przez Wielką Trójkę coraz bardziej odrębnie. Temu poświęcone było ostatnie spotkanie przywódców aliantów w podberlińskim Poczdamie latem 1945 r.

Pod naciskiem Stalina, który opanowawszy Polskę, wykreował się teraz na obrońcę jej żywotnych interesów, Zachód uznał linię Odry i Nysy Łużyckiej jako zachodnią granicę nowej Polski. Dalekie było to jednak od pełnoprawnego zaakceptowania granicy zachodniej. Przypomnijmy, że po pierwszej wojnie światowej i walkach o granice odrodzonej Rzeczypospolitej Zachód, zwłaszcza Wielka Brytania, zachował wygodny dystans wobec kształtu granicy wschodniej. Teraz mógł to czynić wobec granicy zachodniej, uzyskując możliwość niejakiego kreowania nastrojów w części okupowanych Niemiec pod swą kontrolą (przykładem osławiona mowa amerykańskiego sekretarza stanu J. Byrnesa z 1946 r., która okazała się niezamierzonym a cennym prezentem dla komunistycznej propagandy w Polsce). Pozostawał również problem wyegzekwowania przeprowadzenia w Polsce wolnych wyborów z udziałem różnych sił politycznych. Ich warunkiem musiała być międzynarodowa kontrola, której zresztą w Jałcie wyraźnie nie zagwarantowano, a która wraz z rozpadem Wielkiej Koalicji stała się postulatem nie do zrealizowania.

W możliwość pozytywnego wykorzystania powstałej politycznej konstelacji wierzył jednak były już premier Stanisław Mikołajczyk, od lata 1945 r. wicepremier w Rządzie Jedności Narodowej, przywódca Polskiego Stronnictwa Ludowego, silnej partii o wielkim poparciu społecznym. Wbrew swym dotychczasowym politycznym partnerom, którzy odrzucili decyzje mocarstw, podjął próbę „realnej polityki”, działając w Polsce do sfałszowanych wyborów w styczniu 1947 r. Próba okazała się ostatecznie politycznie bezowocna, czego nie omieszkano Mikołajczykowi wytykać. Potępiano go za samą próbę, czasem także za to, że rzekomo zbyt późno się na nią zdecydował. Czy jednak inna droga byłaby rzeczywiście lepsza? Wystarczy w tym miejscu przywołać przypadek Czechosłowacji, której władze na uchodźstwie o wiele wcześniej i w sposób bardziej zdecydowany podjęły współpracę z ZSRR. W końcu lat 40. i Warszawa, i Praga wchodziły w mrok stalinizmu. Bezowocna była jednak również polityka nieustępliwości i trwania w kontestacji nowego porządku politycznego w Europie, jak i Polsce. Przyniosła marginalizację polityczną na Zachodzie i całkowitą utratę wpływu na wydarzenia w Polsce. „Musimy przestać się łudzić, że Polska odzyska swą wolność, całość i niepodległość tylko dlatego, że ma rację i że jest sumieniem świata”, gorzko konstatowało kierownictwo Ruchu Ludowego w okupowanej jeszcze Polsce w początkach 1945 r.

Po raz drugi w stosunkowo krótkim czasie okazało się, że niezależna polityka polska nie ma szans uzyskania zakładanych celów, a podejmowane wysiłki kończą się w ślepym zaułku. Pierwszą klęskę poniosła w końcu lat 30., ale nadzieje pokładano wtedy w szczęśliwym końcu wojny i poparciu sojuszników. Dekadę później doszło do powtórki, przy czym nadzieje na szybkie zmiany były mizerne. Mogło to prowadzić do nie liczącego się z niczym trwania przy wspomnianej racji, ale też (czasem równolegle) ku zwątpieniu i rozpaczy. Mit jałtańskiej zdrady był ich przejawem. Inną postawą było przystosowanie się, zewnętrzna akceptacja narzuconych ram w celu ratowania siebie, rodziny, narodowej egzystencji. Choć bezpośrednio po wojnie powszechne były pogłoski o nowym konflikcie, to jednak nowa wojna światowa jako wyjście z fatalnego położenia Polski była perspektywą zbyt przerażającą, zważywszy właśnie na cechy i skutki dwudziestowiecznych wojen światowych.

Porządek jałtański, czy też jak się to często określa jako system jałtańsko-poczdamski trwał do upadku ZSRR i bloku wschodniego. Był dowodem radzieckiej potęgi i dominacji w tej części świata, ale i źródłem ich słabości, gdyż ufundowano go na zaprzeczeniu wolności, sprawiedliwości i równości, wbrew woli i nadziejom wielu narodów. W imię jego utrzymania – przy czym podporządkowanie polityczne utożsamiano z podległością ideologiczną – zdławiono węgierskie powstanie 1956 r., polskie bunty społeczne (1956, 1970, czy 1980/1981), Praską Wiosnę 1968 r. Mimo to odczuwanie oddzielenia od „wolnego świata” (nawet jeśli on wykazywał się dużą obojętnością wobec wschodnich Europejczyków) jako niesprawiedliwości i krzywdy nie gasło i skłaniało mieszkańców „demoludów” do kolejnych działań negujących system polityczny, który zapanował na wschodzie Europy po Jałcie. System ten w swym wymiarze międzynarodowym przyniósł jednak kontynentowi długotrwałą stabilizację i pokój, choć w jego cieniu trwał niemal stale wyścig zbrojeń i wojna propagandowa. Tak wrósł w wyobraźnię polityczną i społeczną, że wielu – na Wschodzie i Zachodzie – wydawało się, że bez niego pokojowe współistnienie nie będzie możliwe, że próba jego demontażu zawsze grozić będzie nową wojną. Niektórzy politycy zachodni dystansowali się wobec antykomunistycznej opozycji w krajach za „żelazną kurtyną” jeszcze w początkach lat 80. XX w., obawiając się naruszenia owej stabilności. Wychodzenie Europy z porządku jałtańskiego okazało się jednak procesem pokojowym, w czym spory udział miała pogłębiająca się słabość Związku Radzieckiego, zmuszonego do rezygnacji ze swej strefy wpływów, jak i części terytorium (republiki nadbałtyckie). Czy paradoksalnie nie można jednak w optymistycznej historii lat 1989-1991 dostrzec także pewnych zasług systemu jałtańsko-poczdamskiego – choćby z powodu rozwiązania niektórych problemów granicznych, czy stworzenia warunków do głębokiej przebudowy pokonanych Niemiec?

Jałta i wszystko, co się z nią wiąże, pozostaje jednak nie tylko wydarzeniem historycznym, ale też przestrogą, swoistym memento przed kolejnymi możliwościami uprawiania polityki z pozycji interesów tylko największych państw. W ostatnich dniach w dyskusjach dotyczących sposobu zakończenia wojny na Ukrainie słowo to również często padało. Przypadek Jałty pokazuje, że taki „imperialny” styl działań politycznych nie jest charakterystyczny tylko dla państw niedemokratycznych. Krytycy wiecznego urabiania decyzji w organach naczelnych zjednoczonej Europy, przewlekłego ważenia głosów i uwzględniania stanowisk wszystkich członków, powinni pamiętać, że taki sposób rządzenia Unią wyrósł m. in. z doświadczeń dwudziestowiecznych „koncertów mocarstw”. Także zdziwieni, czy rozdrażnieni ich zdaniem zbytnią podejrzliwością takich krajów jak Polska wobec tworzenia porozumień najsilniejszych w regionie państw i dyktatu politycznego, który mógłby być ich efektem, powinni pamiętać, że jest to również swoiste dziedzictwo Jałty. W tym sensie możemy mówić o swego rodzaju „długim trwaniu” Jałty, wykraczającym poza jej politycznie obowiązującą moc, a mającym swe miejsce w historii mentalnej.

Cytaty pochodzą z książki Krystyny Kersten, Jałta w polskiej perspektywie, Londyn-Warszawa 1989, natomiast zdjęcie w nagłówku z National Archives and Records Administration (ARC 531340)

Autor: Krzysztof Ruchniewicz

Historia najnowsza, badania i nauczanie, historia w przestrzeni publicznej, blog i ... / Zeithistoriker, Lehre und Forschung, PH, Blog und ...

Skomentuj