„Holzhammermethode” w natarciu

Już dawno nie miałem takich trudności z napisaniem kolejnego wpisu o relacjach polsko-niemieckich. Każdą z wersji wstępnych skreślałem, pisałem kolejną. Nie jest to wynik jakiegoś zmęczenia czy braku pomysłów. Po raz pierwszy od wielu lat czuję duży niesmak, jestem bezradny wobec tzw. Holzhammermethode w polityce niemieckiej Warszawy, czyli tępą i krótkowzroczną, niezwykle uproszczoną polityką wbijania młotkiem wybranych treści. Do czego taka metoda prowadzi, śpiewał przed laty zespół Pink Floyd. Polecam teledysk dostępny w sieci.

Mój blog stara się hołdować mojej osobistej filozofii. Jedną z zasad w odniesieniu do teraźniejszości jest unikanie argumentacji ad personam. Natomiast piszę o sprawach, które – niezależnie jakiego są politycznego koloru – uważam za ważne. Stawiam przy tym wiele pytań, by tym samym – choć trochę – zmusić do zastanowienia się, spojrzenia na te same sprawy z innej, być może, perspektywy. Rezygnacja z pisania o osobach pozwala mi uniknąć niepotrzebnych emocji, które i tak są wszechobecne w naszych mediach. Celem jest próba przedstawienia – na ile to jest możliwe – sine ira et studio różnych problemów. Nie jest to łatwe, może nie zawsze się udaje, ale to właściwe podejście.

Relacje polsko-niemieckie leżą mi szczególnie na sercu. Zajmuję się nimi od wielu lat. Stale szukam różnych przykładów – jak czynił to mój były szef – dialogu, który ma prowadzić do zbliżenia, czy, jak kto woli, porozumienia. Mimo iż w tym zakresie sporo już uczyniono, stale można znaleźć nowe tematy, a nawet te – wydawałoby się już dawno znane i opracowane – nieraz odczytać na nowo.

Muszę przyznać, że coraz trudniej jest pozytywnie postrzegać obecny obecny stan relacji polsko-niemieckich. Pomimo rytualnych wypowiedzi polityków, nie dzieje się dobrze. Ktoś może spytać, czy ma to tak wielkie znacznie. Jeszcze nie tak dawno przekonywałem przecież, że wraz ze wstąpieniem Polski do UE relacje z naszym zachodnim sąsiadem zmieniły się radykalnie. Polska stała się pełnoprawnym członkiem wspólnoty, takim samym „play’erem“ jak Niemcy, zdolnym do formowania zróżnicowanych koalicji wewnątrz UE. Współpraca dotyczyć ma nie tylko spraw dwustronnych, ale odnosić się powinna do idei europejskiej, zacieśniania i pogłębiania procesu integracyjnego, relacji UE ze światem. Próbowaliśmy to czynić, oczywiście z różnym skutkiem, jeszcze do niedawna.

Wydaje się, że to wspólne dążenie miało nie tylko znaczenie dla naszego zachodniego sąsiada, lecz także dla pozostałych państw Unii i jej sąsiadów, zwłaszcza na wschodzie. Polska jawiła się jako państwo, które mogło wykazać się ogromnymi sukcesami w procesie transformacji systemowej. Czyniło to z naszego kraju ważnego partnera, także w rozwiązywaniu trudnych problemów. Dyplomacja stała na dobrym poziomie. O przedstawicielach naszego kraju, ambasadorach, niewiele słyszano publicznie, a jeśli już to w pozytywnym kontekście. Wykonywali oni swoją pracę z dużym znawstwem i wyczuciem, i – jak przystało na fachowców – skutecznie. Ambasadorowie w Niemczech, nasi reprezentanci w jednej z najważniejszych dla nas zagranicznych stolic, prezentowali właśnie taki typ dyplomatów.

Od wielu miesięcy jesteśmy świadkami ogromnych zmian naszej polityki zagranicznej. Dotychczasowe priorytety przestały ponoć obowiązywać, w ich miejsce poza pustymi hasłami niewiele zaproponowano. Powyciągane gdzieś z lamusa historii pomysły, okazały się nic nie znaczące. Nikt z potencjalnych partnerów zagranicznych nie bierze ich poważnie. Trzeźwą analizę sytuacji zastąpiły niespójna ideologiczna papka i emocje, będące zwykle mieszaniną poczucia wyższości i rozmaitych urazów. Przemówienia kierowników naszej nawy państwowej, nie tylko ich zawartość, ale i ekspresja mówców, wprowadzają przede wszystkim w stan osłupienia. Szybko zaczęły rodzić się poważne problemy, które ignoruje się, bagatelizuje lub próbuje ośmieszyć w oczach społeczeństwa (a właściwie tzw. twardego elektoratu).

Zanika rzeczowa informacja, dominuje propaganda, jak pokazuje przypadek wyboru na niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ (ile razy Polska nim była? jaka jest procedura wyboru?). Na użytek wewnętrzny reaktywowano schematy, które znane są od dziesięcioleci, a po upadku komunizmu z ulgą odstawione do kąta. Zaczęto szukać winnych. Ich lista jest coraz dłuższa: „resortowe dzieci„, „targowiczanie“, „agentury obcych państw„, a na zewnątrz niedouczeni, zadufani w sobie eurokraci, „ślepe europejskie elity“, hołdujące nowym straszliwym ideologiom, z których gender, ekologia i poprawność polityczna są ponoć najgroźniejsze. Trafnie ujęła to prof. A. Wolff-Powęska, która w jednej z analiz tak napisała:

Dla polityków, którzy nie znajdują odpowiedzi na żadne najbardziej newralgiczne problemy w Europie, pozostają tylko antyeuropejskie i antyniemieckie fobie. Brak koncepcji zastępują jakże żałosnym wymachiwaniem szabelką i straszeniem bojkotem niemieckich towarów i banków lub jak minister Witold Waszczykowski piętnowaniem odsuniętych od władzy Polaków jako zmierzających w kierunku mieszanki kultur i ras, co bardziej kojarzy się z ideą ‚krwi i rasy‘ nazistowskiego polityka Richarda Darré aniżeli promocją ‚tradycyjnych polskich wartości‘.

Na efekt takiego formułowania celów politycznych i uprawiania dyplomacji nie trzeba było długo czekać. Postępująca izolacja Polski staje się faktem, podobnie jak pogorszenie się relacji polsko-niemieckich. W dodatku mówiąc wprost, ośmieszamy się jako państwo i jego elity. Ale to nie Berlin jest winien tej sytuacji, lecz niewłaściwe wybory centrali w Warszawie (na którejkolwiek ulicy ona się obecnie znajduje…). Wybory kierunków polityki, jak i konkretne wybory personalne. Jeszcze kilka lat temu użyłem wraz z kolegami dla opisania stanu relacji polsko-niemieckich, określenia dojrzałe sąsiedztwo. Dojrzałość nie wyklucza istnienia pewnych problemów czy potrzeby zmian. Generalnie jednak oddaje pewien odpowiadający czasom i wyzwaniom poziom merytoryczny. Dzisiaj nie wydaje mi się ono właściwe. Zmieniliśmy się w naburmuszonego, przekonanego o swojej niezwykłości nastolatka, co to nie omieszka okazji, by dopiec cioci, a gdy mu się zwróci uwagę to obrażony tupie i trzaska drzwiami.

Pocieszające jest, że po obu stronach granicy pracuje ogromna liczba osób, dla których dobre relacje z sąsiadem są dużą wartością, tak z uwagi na dziedzictwo historii, ale i z racji potrzeb codzienności, odruchu serca. Teraz właśnie widzimy, że jednak ostatnie 25 lat przyniosło wiele dobrego. Na szczęście bowiem rozbudowane, wielopłaszczyznowe relacje przestały być zależne wyłącznie od woli i poglądów polityków, dzieją się w części poza nimi. Ku pożytkowi obu stron, tak jak od ćwierćwieku czyni to z powodzeniem Deutsch-Polnische Gesellschaft Sachsen. W obchodach jubileuszu miałem zaszczyt uczestniczyć w minioną sobotę.

Autor: Krzysztof Ruchniewicz

Historia najnowsza, badania i nauczanie, historia w przestrzeni publicznej, blog i ... / Zeithistoriker, Lehre und Forschung, PH, Blog und ...

  1. Miłosława Borzyszkowska-Szewczyk

    Dziękuję za te refleksje, które (niestety!) podzielam. Ręce opadają, mowę odbiera, wstyd nie opuszcza. Jedyne co pozostaje, to działać na swoim poletku, starając się tworzyć wyspy i pomosty „dojrzałego sąsiedztwa”. Ale tak boli, jak łatwo zaprzepaścić lata pracy. A z drugiej strony – sami doświadczyliśmy, że ‚dojrzałe sąsiedztwo’ w relacjach polsko-niemieckich także w skali makro jest możliwe. Może dzięki temu doświadczeniu łatwiej będzie naprawiać zniszczenia. Oby to nie były jednak spustoszenia… I wracam do mojego poletka.

  2. Peter Oliver Loew

    Niestety, propaganda działa przez długie lata i dziesięciolecia. Widzieliśmy to w stosunkach polsko-niemieckich od kilkuset lat, od Fryderyka zwanego Wielkiego zaczynając. Tak samo jak autor blogu myślałem, że obie strony – polska i niemiecka – w końcu zrozumiały, że można prowadzić rozsądną politykę bazującą na rzeczowej analizie. Dziecinna propaganda rządowa płynąca z Warszawy zniweczy dużo wysiłków wielu ludzi – i zarazem zarazi młode pokolenia tanim jadem kłamstw i przeinaczeń. Zarazi też ogólne myślenie polityczne całego pokolenia, które uczy się, że w życiu publicznym nie liczy się roztropność, lecz metoda drewnianego młotka. Miejmy nadzieję, że polskiej scenie politycznej nie zabraknie autorytetów, którzy w przyszłości pokażą ludziom, jak postępować inaczej. Za wiele tych autorytetów na razie nie widać. A to nie tylko wina obozu rządzącego …

  3. Róża Romaniec

    W pełni podzielam, ręce opadają, czuję coraz większą bezradność wobec tego, co dzieje się obecnie w kraju i w stosunkach bilateralnych. Polska na własne życzenie schodzi na margines i nie wiadomo, czy nie przegra całego kredytu zaufania, jeżeli chodzi o dojrzałość swojej demokracji na wiele lat.

Skomentuj