Dwa z pięciu (część 1)

Cinque Terre (Parco Nazionale delle Cinque Terre), Pięć Ziem, bez wątpienia jest jedną z największych atrakcji Riviery Liguryjskiej. By przejść pieszo wszystkie punkty potrzeba sporo czasu i … krzepy. Mogliśmy zrealizować nasz plan jedynie częściowo. Doszliśmy do 4 z 5 miejscowości. Ostatni odcinek wędrówki, najpopularniejszy z racji widoków i zerowego stopnia trudności zamknięto jakiś czas temu z powodu obsunięcia się skał. Zmęczenie wzięło górę i zrezygnowaliśmy z alternatywnej, ale bardziej wymagającej trasy. W sumie przeszliśmy górzystym wybrzeżem między Levanto a Manarolą około 50 kilometrów. Relację podzieliłem na dwie części.

Arrow
Arrow
Full screenExit full screen
Slider

Wiele wskazuje na to, że turystyka odkryła piękno Cinque Terre, Pięciu Ziem, dopiero w pierwszej połowie XX wieku wraz z rozwojem na tym obszarze kolejnictwa. Do niektórych miejscowości trudno było się dotąd dostać inną drogą niż morska, a i ona nie zawsze była dostępna. Mimo iż w linii prostej dzieli je niewiele kilometrów, brak dogodnej komunikacji odbijał się na kontaktach gospodarczych i ludzkich, czego widomym znakiem były różnice w używanym dialekcie. Rozwój kolejnictwa na tym obszarze w latach 30. XX wieku połączył miejscowości, ułatwił napływ letników i turystów. W naszych czasach masowego zwiedzania widać jednak, że także Cinque Terre mają swoją pojemność. Chwilami na wąskich uliczkach tych dawnych wiosek rybackich czuliśmy się jak w zaułkach Wenecji w szczycie sezonu. Nawet na szlakach wędrówkowych co rusz kogoś się mijało.

Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy trochę nietypowo od Levanto, miejscowości nie wliczanej bezpośrednio do Cinque Terre. Jest to jednak, jak trafnie określił jeden z przewodników, brama do regionu. To większe miasteczko z odpowiednią bazą noclegową i gastronomiczną niewątpliwie pomaga rozładować ożywiony ruch turystyczny w niewielkim regionie. Dostaliśmy się tam a jakże naszym ulubionym regionalnym pociągiem. Jazda samochodem nie ma najmniejszego sensu. Pominę tu seryjne zakręty, zmorę kierowców z równin środkowoeuropejskich. Największym problemem jest znalezienie wolnego miejsca do parkowania w rozsądnej odległości od historycznego centrum (opłaty są także stosunkowo wysokie). Celem było Monterosso, skąd zamierzaliśmy dojść do Vernazzy. Wcześniej przejrzeliśmy przewodniki i strony internetowe o zwiedzaniu pieszo regionu, co pozwoliło nam ocenić czekający nas wysiłek i odpowiednio się przygotować. Nie jesteśmy ekstremalnymi turystami ruszającymi w wielokilometrowy marsz w słońcu w plażowych japonkach (dość częsty, jak ku zaskoczeniu stwierdziliśmy, widok w Cinque Terre). Na nogach mieliśmy buty do wędrówek, ale te niższe niż używane w górach, zabraliśmy także kapelusze i butelki z wodą (na całej trasie nie ma źródła, nie ma też możliwości kupienia wody).

Trasa jest bardzo dobrze oznakowana. Wiedzie przez bardzo urozmaicony teren (schodami w górę, schodami w dół…) z wieloma punktami widokowymi. Jednak osoby, które mają problemy z wysokością, raczej powinny zrezygnować z takiej wędrówki. Miejscami droga jest wąska, wiedzie na skraju zbocza czy tarasu uprawnego. Każda z miejscowości, choć są one niewielkie, oferuje wiele do zobaczenia oprócz słynnego krajobrazu liguryjskiego wybrzeża. Musimy uzmysłowić sobie, że jest to teren obfitujący w historię, od starożytności po dzień dzisiejszy. Spotykamy więc dawne twierdze i wieże obronne, średniowieczne mury okalające osady. Ich centrum stanowią kościoły i przystanie. Cały układ krętych, wąskich i stromych ulic jest zabytkiem architektury. Ludzie jak mewy uwili sobie gniazda w załomach nadmorskich skał. Napotykamy ślady wielu stuleci, umieszczone w pocztówkowym tle, pełnym kolorów, którymi nasycone są fasady domów, witryny sklepów i kramów, niewielkie plaże zapełnione parasolami. Lazur morza i złoto słońca nie są tu banalne czy kiczowate, bo po prostu są prawdziwe i jak najbardziej na swoim miejscu.

W Levanto naszą uwagę zwrócił okazały budynek kasyna (lata 30.) oraz pomnik Cavoura (pisałem o nim we wcześniejszym wpisie). Castello San Giorgio z XIII wieku można obejrzeć jedynie z zewnątrz, podobnie kościół Sant’Andrea Apostolo z tego samego wieku. Dalej szlak biegnie nieubłaganie w górę, wystawiając na próbę siły urystów. Po drodze mijaliśmy pojedyncze domy, gaje oliwne, grządki z pomidorami. Ponieważ słońce zaczęło grzać niemiłosiernie, zagajniki dały nam cień i choć trochę wytchnienia. W pobliżu Monteressso można zwiedzić ruiny Eremo di Sant’ Antonio. Z tego miejsca rozpościera się przepiękny widok na Riwierę. Przejście tego odcinka zajmuje 2-3 godziny (w zależności od liczby postoi).

W Monterosso wita nas olbrzym, nieco sfatygowana 15 metrowa figura Neptuna z początku XX wieku (wcześniej na barkach trzymał ogromnych rozmiarów muszlę, służącą jako balkon widokowy). Przed dalszą wędrówką warto zwiedzić miasto, zwłaszcza starówkę. Ciekawa jest Chiesa San Giovanni Battista z XIII i XIV wieku z piękną rozetą z marmuru na frontonie. Obok naszą uwagę zwróciła kaplica bractwa pogrzebowego. Zgromadzono w niej liczne eksponaty związane z pogrzebem. Tam też można znaleźć ciekawe przedstawienia śmierci. Warto zajrzeć również do Convento dei Cappuccini oraz Chiesa San Francesco. Na wzgórzu św. Krzysztowa zbudowano klasztor kapucynów. W kościele z XVII wieku można podziwiać dawne malarstwo, m.in. znajduje się tam obraz Chrystus na krzyżu, który przypisywany jest Antonowi van Dyck’owi. Powyżej znajduje się cmentarz, na którym tarasowo ułożono nagrobki i bogate kaplice grobowe z przełomu XIX/XX w.

Następnym punktem w programie była Vernazza. Po wypiciu ożywczego granite di limone nie zwlekając ruszyliśmy więc w dalszą drogę. Ponieważ przekroczyliśmy granicę parku narodowego, musieliśmy uiścić opłatę (w tym roku było to 7,50 euro za dzień). Bilet umożliwia skorzystanie z różnych ułatwień (m.in. bezpłatnego dostępu do internetu, czy płatnej toalety na dworcu!). Trasę Monterosso-Vernazza uznać należy za średnio trudną. Podejście było wprawdzie strome, jednak zejście do Vernazzy należało do przyjemnych (odwrotnie byłoby o wiele trudniej). Po drodze mijaliśmy kolejne gaje oliwne, winnice. Niestety, wina nie można było spróbować u producenta. Pozostawało kupienie butelki na dole w sklepie. Okazało się, że ma ono swoją cenę. Ponieważ warunki uprawy są tu ekstremalne (wiele prac wykonuje się nadal ręcznie), a produkcja niewielka, cena musi być odpowiednio wysoka.

Przejście z Monterosso do Vernazzy zabrało nam kolejne 3 godziny. Było już bardzo gorąco i zapasy wody szybko się zmniejszały. Przed wejściem do Vernazzy wszystkie trudy wynagradza wędrowcom piękna panorama miejscowości i zatoki. Malowniczy układ ulic, kolorowe domy, rozbawiony tłum turystów tworzą niezapomniany wakacyjny obraz. W zatoce panuje ożywiony ruch. Byliśmy świadkami wciągania na brzeg łodzi rybackich, to czynność, którą wykonuje się tu codziennie i której oczywiście towarzyszy spore zainteresowanie postronnych obserwatorów. Po zwiedzeniu miasta, udaliśmy się na dworzec. Reszta szlaku musiała poczekać. Nie chodziło przecież o bicie rekordów przebycia szlaków (z podziwem, ale i pewną grozą oobserwowaliśmuyultrabiegaczy górskich), a o smakowanie, poznawanie tego pięknego regionu. Pociągiem wróciliśmy w niecałe pół godziny do Sestri Levante. Zasłużyliśmy na spaghetti carbonara i czerwone wino.

Autor: Krzysztof Ruchniewicz

Historia najnowsza, badania i nauczanie, historia w przestrzeni publicznej, blog i … / Zeithistoriker, Lehre und Forschung, PH, Blog und …

Skomentuj