Antykwariat z tradycjami

W związku ze Światowymi Dniami Książki i Praw Autorskich, których stolicą w tym roku jest Wrocław, czas antenowy, łamy papierowych i internetowych gazet zapełniają stosowne tematy. Wszyscy piszą o najróżniejszych publikacjach, autorach, wydawcach, a przede wszystkim odbiorcach ich trudu, czyli czytelnikach. Nie chcę przyłączyć się do chóru „narzekaczy“. Doroczne rytuały w związku z ujawnieniem kolejnych żenujących danych o czytelnictwie pod polską strzechą już odbyliśmy. Pójdę pod prąd i opowiem o ludziach, którzy przy książkach trwają na przekór czasom i modom. Takimi osobami są właściciele antykwariatów. Co to znaczy „robić w książkach“?

2016-04-23_antykwariat_3 (1 von 1)

Każdy, kto choć trochę odczuwa pasję bibliofilską, zna jakieś antykwariaty książkowe. Przed laty, w niestety już odległych czasach mego pierwszego książkowego zadurzenia, we Wrocławiu odwiedzałem kilka takich miejsc. Często zachodziłem do pewnego starszego pana. Jego antykwariat mieścił się po prostu bramie kamienicy przy pl. Kościuszki, a on w fartuchu magazyniera wyszukiwał coraz to nowe pozycje i zachęcał do ich kupna. W latach 80. często korzystałem natomiast z możliwości wymiany książek. Kieszonkowe nie było duże, więc trzeba było sobie jakoś pomóc. Regularnie zachodziłem do skupów makulatury, szybko poznałem dobrze kilku ich właścicieli. Za niewielkie pieniądze kupowałem zwłaszcza książki niemieckie, oddawane masowo wraz z peerelowskimi gazetami na przemiał. Uratowane w skupach egzemplarze zanosiłem do antykwariatu „Na Szewskiej” lub „Pod szermierzem” i z zyskiem sprzedawałem. Zarobione tak pieniądze wydawałem na książki „spod lady“ (kto jeszcze pamięta te czasy…) lub na zakup kolejnych tomów z „odzysku“.

Sam też tworzyłem podstawy własnej biblioteki, która ku pewnemu niezadowoleniu bliskich, dzielących ze mną standardowe mieszkanie w bloku, rozrastała się systematycznie. Dzisiaj liczy ok. 20 tys. woluminów, które obok głównej siedziby (naszego domu) skolonizowały jeszcze trzy inne „lokalizacje“. Upowszechnienie internetu w latach 90. XX wieku otworzyło przede mną i innymi pasjonatami nowe możliwości wyszukiwania i zakupu pożądanych tomów. Było jednak początkiem końca tradycyjnych antykwariatów. Obserwowałem to najpierw w Niemczech, gdzie w antykwariatach szukałem głównie „poloników“. Wprawdzie „zvab“, czy Zentrales Verzeichnis Antiquarischer Bücher, okazał się ważnym narzędziem pozyskiwania nowych pozycji, jednak spowodował upadek większości tradycyjnych antykwariatów. Tylko część z nich zdołała odrodzić się w internecie, inne upadły. Wraz z nimi przepadł też bezpośredni kontakt między kupującym-czytelnikiem, a sprzedawcą-antykwariuszem i oczywiście samym przedmiotem transakcji-tomem, kartkowanym i oglądanym z każdej strony (tym intensywniej, im cena była wyższa). Nieraz były to osoby naprawdę nieprzeciętne i kontakt z nimi stanowił wielkie przeżycie (to się tyczy także księgarzy, nie empikopodobnych sprzedawców, a właśnie prawdziwych księgarzy, których we Wrocławiu pozostało niewielu… Pozdrowienia dla zespołu księgarni naukowej PWN we Wrocławiu!).

2016-04-23_antykwariat_2 (1 von 1)

Zatem tylko niektóre antykwariaty znalazły pomysły na przeżycie. Świat się zmienia, los antykwariatów nie może być przecież odizolowany od tych procesów. Na szczęście w każdym mieście jest ich ciągle kilka, chętnie do nich zaglądam, gdy tylko mam wolny czas. Jednym z takich antykwariatów jest bez wątpienia „Wypożyczalnia książek – antykwariat“ na ul. Św. Jana w Krakowie, jeden z najstarszych przybytków tego typu. Trafiłem tam już na studiach, zachodzę każdorazowo w czasie kolejnych pobytów w grodzie Kraka i Smoka. Początek antykwariatu sięga drugiej połowy lat 30. XX wieku. Księgarz, Stefan Kamiński, w 1936 r. w swojej księgarni przy ul. Podwale 6 w Krakowie otworzył dział antykwaryczny, a trzy lata później, gdy świat postanowił książki raczej palić niż czytać czy wydawać, wypożyczalnię książek. W obecnym miejscu antykwariat znajduje się od początku lat 50. XX wieku. Specjalizuje się w historii i teorii literatury oraz literaturze pięknej. Można znaleźć tam starodruki, numery archiwalnych gazet i czasopism oraz zbiory grafik, starych map czy pocztówek.

Wczoraj w „Gazecie Wyborczej” ukazała się ciekawa rozmowa o tożsamości Krakowa. Jedna z uczestniczek dyskusji, Kaja Puto stwierdziła:

Jeśli wyjedziesz z Krakowa, choćby na dekadę, i wrócisz – możesz być pewien, że twoja ulubiona kawiarnia wciąż jest w tym samym miejscu, a w obrusie wypalona jest dziura po papierosie, którą tam kiedyś zrobiłeś, to właściwie całkiem wygodne. Wolny rytm życia ulicy jest bardzo kojący, no i wszędzie można dostać dobrą kawę.

Można to z powodzeniem odnieść do opisanego powyżej antykwariatu. Stał się on ważną częścią chyba nie tylko mojego pejzażu miasta, trudno wyobrazić sobie jego brak. Czy będzie dalej istnieć, zależy to nie tylko od determinacji jego właścicieli, ale także od nas, „moli książkowych“, przyjezdnych, ale przede wszystkim samych krakowian.

Zob.

Stanisław Mincewicz, Przeczytałem w: Spokojny krakowianin, „Gazeta Wyborcza“, 2.12.2004.

Kaja Puto, Ziemowit Szczerek, Pisarze kłócą się o Kraków: „Zeżarła go pycha i zarosły nenufary“, „Gazeta Wyborcza“, 21.04.2016.

 

Autor: Krzysztof Ruchniewicz

Historia najnowsza, badania i nauczanie, historia w przestrzeni publicznej, blog i ... / Zeithistoriker, Lehre und Forschung, PH, Blog und ...

  1. Ryszard Matura

    Znikają antykwariaty, ostatnio ten koło „Szermierza”. Zapach starego papieru w dobrym antykwariacie jest nie do zapomnienia. Po ponad 50 latach gromadzenia księgozbioru, trzy razy profilowany, co znaczy pozbywanie się wielu pozycji, zostało mi też ok. 5 tys. tomów.

Skomentuj